nr 11 (158)   listopad 2004

Do Bargteheide i z powrotem (obrazki z podróży)

 
 
Podróż. Wyjeżdżamy w niedzielę przed południem. Jest zadziwiająco ciepło jak na tę porę roku. Jestem wściekły - dla mnie jest zdecydowanie za ciepło. Wziąłem zimową kurtkę, wiec chcę żeby był mróz... Na szkolnym parkingu żegna nas grupka rodziców. Udaję, że nie widzę ich zatroskania. Ostatnie uściski, wsiadamy - odjazd. Mamy z Martą pewne obawy, czy aby nie zajedziemy na miejsce za późno, ale zachowujemy je dla siebie. Dzieci w naszym busie rozbrykują się z każdym pokonanym kilometrem bardziej i bardziej, a my patrzymy przez okno i rozmyślamy. Za oknem Polska wczesnoniedzielna. Rodacy chyba tradycyjnie odsypiają sobotnie bale, bo ruch na drodze niezbyt duży.
Na granicy zaskoczenie. To już nie jest przekraczanie granicy z dawnych czasów, kiedy człowiek trząsł się jak osika, czy nie będą przeszukiwać bagażu, czy nie zakwestionują paszportu, czy się przejedzie. A tutaj, kiedy tylko podjeżdżamy do szlabanu, niemiecki urzędnik podchodzi i mówi; „Kinder? OK! Weiterfahren!” No i jedziemy. Nie zapytali o dokumenty, więc można było przejechać nawet na kartę biblioteczną. A my przed wyjazdem pięć razy sprawdzaliśmy paszporty naszych uczniów! Pierwsza moja konstatacja jest taka, że chyba w ogóle za bardzo się tym wszystkim przejmujemy. Większość życiowych problemów rozwiązuje się przecież sama.
Krótko po siódmej jesteśmy na miejscu. Niemieckie rodziny powiadomione przez nas telefonicznie już czekają. Nasze dzieciaki (na czas wyjazdu przez Martę pieszczotliwie ochrzczone „bachorkami”) stają się hałaśliwe. Wymuszonym śmiechem i krzykliwością próbują pokryć zdenerwowanie. Niemcy spokojnie stoją i obserwują. Wreszcie są wszyscy i możemy dokonać przydziału naszych uczniów do rodzin. Z Björnem i Silke (opiekunami ze strony niemieckiej) rozumiemy się od razu bez słowa, jakbyśmy pracowali ze sobą od lat. Bachorki się rozjeżdżają. Wreszcie spokój. A potem zasłużony sen.
Dzień pierwszy. Po powitaniu przez tamtejszego dyrektora najpierw tradycyjnie zwiedzamy szkołę. Po zwiedzaniu hospitujemy lekcje. My z Martą - interesujące nas przedmioty, dzieci - lekcje z planu goszczących ich uczniów. Od mojej ostatniej wizyty w tym gimnazjum minęły już dwa lata, ale od razu czuję się tu jak w dobrze sobie znanym miejscu. Drzewa w hallu szkoły (żywe!) trochę urosły i musiano je podciąć. Poza tym bez zmian. Nawet kawa i herbata w tym samym miejscu.
Już w pierwszym dniu naszego pobytu spotyka nas miła niespodzianka. Oprócz nas jest tu jeszcze na wymianie grupa Czechów. Rozmowa z nimi jest bardziej niż serdeczna. Jednak co Słowianie, to Słowianie. Rozmawiamy oczywiście po polsku i czesku. Od razu i my i oni czujemy się pewniej tu na obcej ziemi. Po południu dowiadujemy się, że duże wrażenie na naszych gospodarzach zrobił przywieziony przez nas prezent. Wykonana przez pana Emila Aulicha rzeźba żmigrodzkiej wieży rzeczywiście prezentuje się pięknie. Jak nam mówiono, wkrótce znajdzie godne dla siebie miejsce w specjalnej gablocie.
Dzień drugi. Wyjeżdżamy nad morze. Krótką podróż z dwiema przesiadkami pokrzyżowały nam niemieckie koleje. W Niemczech pociągi też się spóźniają - nawet pół godziny! Połączenie w Lubece nam ucieka i musimy czekać 45 minut. Nie ma tego złego... Od razu zmuszam Martę żeby pobiegła ze mną do oddalonego 2 km od dworca starego miasta. Lubeka jest piękna i na pewno warta takiego poświęcenia. Robimy zdjęcia - jedno, drugie i z powrotem na dworzec. Spoceni jak myszy ledwo zdążamy na pociąg. Dzieciaki są na miejscu i w komplecie, bo nawet im do głowy nie przyszło, żeby ruszać się z dworca.
Dojeżdżamy do nadmorskiej miejscowości Timmdorfer Strand i idziemy zwiedzać oceanarium. Po lubeckiej galopadzie spacer wśród akwariów to relaks w czystej postaci. Największa atrakcja jednak dopiero nas czeka. Spacer plażą do Travemünde! 16 kilometrów wzdłuż morza. Tamtejsze plaże nie umywają się do naszych polskich. Tam żwir, glina i kamienie, a u nas śliczniutki piaseczek. Ale idziemy twardo. Bachorki nas nie rozczarowują i zaczynają jęczeć już po pierwszym kilometrze marszu. Żeby nie słyszeć ich jęków wypuszczam się do przodu, gdzie w spokoju obcuję z pięknem przyrody i własnymi myślami. Trochę przeszkadza zimowa kurtka, którą uczony złym doświadczeniem z moich pierwszych pobytów w Bargteheide noszę stale na grzbiecie. Wtedy lało i wiało, tym razem jakby się kto uwziął - jest koniec października, a tu pewnie z 20 stopni w cieniu. No nic, przysłowie mówi, że lepiej nosić niż prosić, a przysłowia są przecież mądrością narodów.
Oczywiście przez ślimacze tempo marszu ucieka nam w Travemünde powrotny pociąg. Ale to już nikogo nie wzrusza. Przed wieczorem i tak wrócimy do domu. Za to nasze dzieciaczki zasną po takim marszu jak niemowlęta. To jedno jest pewne.
Dzień trzeci. Znowu hospitacje. Nasi podopieczni już we własnym żywiole. Hospitują zawzięcie i chyba im się to podoba. Ich niemieckim kolegom też. Dzięki wizytom naszych uczniów mają jakąś odmianę w monotonii szkolnego żywota. Za to my z Martą mamy już dosyć hospitacji. Wybieramy więc całodzienne picie kawy, dostosowując się w ten sposób do niemieckiej normy. Wszak kawa to najczęściej pity napój u naszych zachodnich sąsiadów. Na koniec dnia w szkole naszych uczniów czeka jeszcze jedna atrakcja - ćwiczenia na wielkich kołach, które nazywają się Rönrad. Po oswojeniu wychodzi im to całkiem nieźle i tylko czasami z hukiem spadają na ziemię.
Dzień czwarty. Ten dzień da się streścić jednym słowem - Hamburg. A za nim stoi drugie nie mniej ważne - port. Hamburski port to poezja w czystej postaci. Poczułem to po raz pierwszy, kiedy poznawałem go przed dwoma laty, a teraz to uczucie wróciło. Pogoda tego dnia zmieniła się nie do poznania - jakby chciała nam przypomnieć, że jesteśmy w Norddeutschland. I tym razem kurtka i czapka zimowa wreszcie się przydają. Nasi gospodarze triumfują: ostrzegaliśmy was, że będzie zimno. Faktycznie, jest zimno. Ale uroków portu nie jest mi w stanie przesłonić nawet nawałnica. Zwiedzanie zaczynamy od przejażdżki statkiem po akwenie portowym. Mimo słabej widoczności robię tysiące zdjęć. Prawie wszyscy uczestnicy rejsu pochowali się w cieplutkiej kabinie. My w małej grupce stoimy na górnym pokładzie i podziwiamy widoki.
Po rejsie idziemy na zwiedzanie miasta na piechotę. Zaczynamy od kościoła Św. Michała Archanioła w dzielnicy portowej. Kościół, który jest symbolem Hamburga, ma olbrzymią wieżę, na którą oczywiście musimy wejść. Wprawdzie jest winda i mamy na nią bilety, ale mając na uwadze kondycje fizyczną naszych uczniów, udaje mi się ich przekonać, że winda jest... zepsuta. Idziemy więc na piechotę, a ja idąc nie mogę opanować uśmiechu... Potem jeszcze przechadzka po centrum Hamburga i wracamy do domu. Tym razem Deutsche Bahn się spisała. Pociąg jedzie zgodnie z planem.
Ale to jeszcze nie koniec tego dnia i jego atrakcji. W szkole czeka nas przecież wieczór pożegnalny. Przyjęcie z tej okazji przygotowali rodzice niemieckich uczniów. Menu jest obfite, więc głównie jemy. Ale z godnością! Björn pokazuje mi za to, jak trzeba nakładać sałatkę, żeby mieć na talerzy dużo, a żeby wyglądało, że się ma mało. To też cenna nauka. Zastosuję tę wiedzę przy najbliższej okazji.
Uczniowie (nasi i niemieccy) trzymają się razem, jakby znali się od lat, a rodzice (też obecni na tym przyjęciu) nie mogą wyjść z podziwu, jak łatwo młodzi ludzie znajdują wspólny język mimo wszelkich różnic. I nie wiem, czy nie jest to właśnie najważniejsza nauka, jaka płynie z takich akcji wymiany uczniowskiej - że młodzi ludzie zawsze są w stanie się dogadać. W tej myśli tkwi duża pociecha dla nas wszystkich...
Dzień piąty. Zaczynamy go wizytą u burmistrza Bargteheide, co obrazuje, jaką wagę przykłada on do kontaktów ze Żmigrodem. Burmistrz wydaje się być w dobrej formie i udziela naszym uczniom interesującej lekcji WOS-u. Ze swadą opowiada o planach rozwoju miasta, o zadaniach, jakie muszą wykonywać poszczególni urzędnicy ratusza, o strukturach władz lokalnych. Godzina wyznaczona na spotkanie w ratuszu upływa w mgnieniu oka. Podczas ostatniego spaceru po mieście nasi uczniowie jakby nieco zgaszeni. Widać myślą już o powrocie do domu. Wreszcie zbliża się popołudnie. Wszyscy są już spakowani. Jeszcze tradycyjna wymiana adresów i numerów telefonów. Ten i ów upuści łzę, inny zaciska wargi, żeby nie dać po sobie poznać, że mu przykro. Żegnamy się ze szkołą, żegnamy się z naszymi gospodarzami, żegnamy się z Bargteheide. Wracamy do domu.
Żeby tylko ruch na drodze nie był za duży...

Robert Kolebuk

menu

 
 
 
Wiadomości Żmigrodzkie
rss wykonanie
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.