nr 02 (209)   luty 2009

 

Tym, którzy przyjdą po nas (cz. V)

Czym jest wojna?. Co za sobą niesie?. Wydawałoby się, że to pytanie nie jest trudne i właściwie każdy potrafi udzielić na nie jakiejś odpowiedzi. Jakże jednak trudno w kilku słowach ogarnąć ten ogrom zła, który ze sobą niesie niezależnie od tego, po której stronie barykady stoimy. Wojna to śmierć fizyczna, psychiczna, to wszechogarniające okrucieństwo, upadek wartości i ideałów, degradacja wartości i redukcja osobowości, uwikłanie ofiar w zbrodniczy system.
To, co przeżyło pokolenie walczące podczas II wojny światowej pozostanie na zawsze w ich pamięci. To, co przeżyli Ci ludzie było nieludzkie. My, pokolenie współczesne powinniśmy cały czas o tym pamiętać. Od zapomnienia o tych przerażających, ale prawdziwych wydarzeniach ratują opowieści ludzi, którym przyszło żyć w tamtych czasach, opowieści ludzi takich jak nasz bohater Pan Zbigniew Jurecki. W dzisiejszym numerze prezentujemy kolejną cześć jego wspomnień.
Z początkiem marca nadeszły wiosenne roztopy. Drogi stały się grząskie, rozmarzały bagna i rzeki. 24 marca maszerowaliśmy przez Wólkę Szczytnicką, Lelików, Dywin. W tym czasie miał miejsce masowy napływ ochotników do naszego zgrupowania. Przychodzili grupowo z Janowa Polaskiego, Kobrynia, Małoryty, Kamienia Koszyrskiego. Niespodziewanie sytuacja uległa zmianie. Okazało się, że front jest już blisko. Świadczyły o tym odgłosy armatniej kanonady. Zatrzymaliśmy się nad jeziorem Turskim. Nocą z 25 na 26 marca słychać było terkotanie broni maszynowej, a na horyzoncie widoczne były pióropusze rakiet. W obawie by nie natknąć się na cofające się frontowe wojska niemieckie, z którymi podejmowane były walki ( co było ryzykowne ze względu na ich dużą liczebność i uzbrojenie), zaszyliśmy się w lesie z dala od drogi. Jest dzień 26 marca 1944 roku. Okres masowego zrywu zbrojeniowego na ziemiach polskich, powszechnej partyzantki. W roku 1944 nikt już nie wierzył w to, że jakieś inne armie wyzwolą naród polski spod hitlerowskiej okupacji. Lecz dzień wyzwolenia był ciągle dniem między życiem a śmiercią.
Wczesny mglisty ranek, widoczność ograniczona. Czujka, której zadaniem jest obserwacja drogi sygnalizuje, że zbliżają się jacyś ludzie. Zajęliśmy stanowiska i obserwowaliśmy zbliżających się w naszym kierunku. Dopiero, gdy zrównali się z nami, rozpoznajemy rosyjskich żołnierzy. Są to zwiadowcy z 95-go pułku piechoty, 217 dywizji. Po krótkiej rozmowie oraz wymianie danych o sytuacji w terenie, Rosjanie poczęstowali nas „koreczkami” i po stwierdzeniu, że do Berlina daleko poszli w dalszą drogę. Zatrzymaliśmy się w pierwszej napotkanej po drodze wiosce. Po skromnym posiłku, jakiego udzielili nam jej mieszkańcy spaliliśmy bez przerwy całą dobę. Mimo, że byliśmy już na wyzwolonym przez wroga terenie i zdawaliśmy sobie sprawę, że nie spotkamy się z nim przynajmniej jakiś czas, czuliśmy się nieswojo w tej sytuacji. Do tego stopnia warunki partyzanckie życia przeorały naszą psychikę. Zdawało się, że coś tu nie jest w porządku i że tak nie powinno być. Stare porzekadło mówi, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka i to sprawdzało się w naszej sytuacji. Trochę zdziczeliśmy w lasach. Zastanawiam się jak będziemy żyć po wojnie. Jesteśmy młodzi i pewne cechy tego zdziczenia mogą się w nas utrwalić. Otrzymaliśmy rozkaz dołączenia do Zjednoczenia, które już wcześniej przekroczyło linię frontu. Nadszedł wreszcie tak bardzo oczekiwany przez nas rozkaz o przygotowaniu się do wymarszu na teren okupowany jeszcze przez wroga. Zadaniem naszym było przedostanie się poza linie frontu pomiędzy Kowlem a Włodzimierzem Wołyńskim. Liczebny stan zgrupowania osiągnął 1000 ludzi. Zlikwidowane zostały tabory, niezbędne ładunki dźwigały konie. W ciągu czterech dni pokonaliśmy odległość 160 kilometrów. Niestety na skutek dużego skoncentrowania niemieckich jednostek frontowych w tym rejonie wykonanie naszego zadania stało się niemożliwe. 23 kwietnia Zgrupowanie Polskich Oddziałów Partyzanckich im. Jeszcze Polska Nie Zginęła, otrzymało rozkaz o przegrupowaniu w rejon Równego. Tam też podjęto decyzję o włączeniu Zgrupowania do Pierwszej Armii Polskiej. Natomiast pułkownik Satanowski z grupą 56 ludzi zostanie przerzucony desantem spadochronowym pod Lubelszczyznę i tam zorganizuje ponownie zgrupowanie partyzanckie.
Wiosna 1944 roku nadchodziła leniwie, spóźniona i chłodna, ale nie była już czasem tylko nadziei. W bladym słońcu parowały wolno śródleśne moczary północnego Wołynia, a nocami zgniłe, lodowate jeszcze opary spowijały opuszczone, zarastające trawą ścieżki i drogi. Rzędy okopconych kominów znaczyły miejsca na świeżych pogorzeliskach, gdzie niedawno były wsie, mieszkali ludzie. Dni coraz cieplejsze. Kożuch, który do tej pory chronił mnie przed chłodem stał się zbędny. Musiałem się go pozbyć, nie chodziło o sam kożuch, ale raczej o zawartość, która w nim zagnieździła się i dokuczała niemiłosiernie. Nie pomagało wkładanie go pod siodło na spoconego konia, ani wkładanie do mrowiska w nadziei, że mrówki wybiorą gnieżdżące się w nim insekty. Można było w praktyce przekonać się, że powiedzenie, „uczepił się jak wesz kożucha”, jest jak najbardziej trafne.
Mijamy nieduże osiedle ukraińskie. Z ostatniej chałupy wychodzi mężczyzna ubrany w wełnianą samodziałową kurtkę. Pasowałaby na mnie - mówię do kolegów. „Pogadaj z nim może pomienia na kożuch”, doradzają śmiejąc się przy tym do rozpuku. Ryzykuję mimo niezbyt pochlebnych opinii pod adresem mojego kożucha. „Wujku daj pomieniamy, ja tobie dam kożuch a ty dasz mi kurtkę” - mówię. Popatrzył na mnie spode łba i po dłuższym milczeniu powiada. „ Ja wiem, że ty moją kurtkę weźmiesz, ale ja twojego kożucha nie chcę. Uznał widocznie, że targowanie w tej sytuacji jest bezcelowe, bo zdjął z siebie kurtkę i podał mi. Kożuch wraz z jego zawartością na pierwszym postoju wrzuciłem do palącego się ogniska.
Rozpoczął się męczący marsz na wschód. Była to strefa przyfrontowa, drogami rozbitymi przez czołgi i działa ciągnęły się przeważnie nocami kolumny wojsk. My zwiadowcy, jak zawsze na przedzie kolumny. Toczą się wesołe rozmowy, żarty. Nagle niespodziewany wybuch. Kasztanka Michała Sokołowskiego stacza się bokiem do rowu, jeździec stoi okrakiem nad nią, blednie, bo z boku zwierzęcia wypływają wnętrzności. Pułkownik Satanowski strzałem z pistoletu dobija zwierzę. Okazuje się, że Michał miał w torbie przy siodle dwa granaty, z których zapomniał wykręcić zapalniki. Szczęściem, że wybuch tylko jeden, w którym prawdopodobnie przetarła się zawleczka, bo skończyło się tylko na stracie konia.
Maszerujemy w kierunku Kiwerc. Długi męczący marsz, od którego nogi puchną idącym pieszo partyzantom. Siły i energia opuszcza najbardziej odpornych. Lecz siła braterstwa, za którą płaci się niejednokrotnie życiem, pragnienie życi,a to wszystko czyni człowieka odpornym na największe trudy. Kto nie przeżywał takich momentów, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Ludzie ci, gdy przyszło im się rozstać płakali jak dzieci, tak wspólnie przeżyte ciężko chwile, wspólny cel potrafią zespolić.
Kwerce - niewielkie miasto na Wołyniu. Dobrnęliśmy tam pod wieczór, rozłożyliśmy się obozem niedaleko miasta w rzadkim sosnowym lesie. Jest początek maja 1944 roku. Następnego dnia spotkaliśmy się z żołnierzami Pierwszej Armii Polskiej. Powszechna radość, bliscy nam i drodzy, jak wszystko co związane z Ojczyzną. Byli przecież tacy sami jak my, z tych samych wsi i miasteczek Wołynia, Polesia, Lwowskiego i Wileńszczyzny, z tych samych przysiółków. Przeżyli równie dużo biedy i poniewierki na zesłaniu w Związku Sowieckim. Pytaniom nie ma końca. Skąd? Dokąd? Czy znasz tego a tamtego? Czy słyszałeś o tym czy o tamtym? Padały nazwiska, adresy. Z dumą patrzyliśmy na jednolite umundurowanie naszych polskich żołnierzy. Jak ubogo wyglądaliśmy w porównaniu z nimi. Nasze podarte partyzanckie łachy, które mieliśmy na sobie wyglądały beznadziejnie w porównaniu z jednolitym ubiorem żołnierzy. Obserwowaliśmy ich miarowy krok w zielonych mundurach i rogatywkach, zazdrościliśmy im. Następnego dnia udostępniono nam łaźnię zainstalowaną w wagonie kolejowym. Była to duża frajda, bo prawie rok czasu nie myłem się po ludzku.
I znów w drogę. Przez Klewań do Równego. W Równym Zgrupowanie nasze zakończyło partyzancką działalność na terenie Wołynia i Polesia, zostało rozwiązane. Wytypowano grupę 56 oficerów i podoficerów do desantu spadochronowego na tyły frontu niemieckiego. Reszta odjechała do Pierwszej Armii Wojska Polskiego. Pierwsza grupa desantowa liczył 33 osoby, druga, do której ja należałem 23 osoby.
Grupę naszą zakwaterowano w osadzie Szpanów obok Równego. Wydano nam suchy prowiant i musieliśmy sobie radzić. Kuchni ani stołówki nie było. Otrzymaliśmy wojskowe umundurowanie. Rozpoczęło się szkolenie z dziedziny zwiadu partyzanckiego, taktyki partyzanckiej oraz sprzętu spadochronowo - desantowego. Skoki ze spadochronem ćwiczyliśmy skacząc z kilkukilometrowej trampoliny na grubą warstwę słomy, naśladując opuszczanie samolotu. Wiedzieliśmy, że zostaniemy podrzuceni na okupowany przez Niemców teren. Tylko nie wiedzieliśmy gdzie i kiedy. Z niecierpliwością i zadowoleniem oczekiwaliśmy tej chwili, a jak na razie nudziliśmy się. Zawikłani w domysłach zadawaliśmy sobie pytania, na które nie mieliśmy odpowiedzi. Dokąd rzuci nas los i na jakim kierunku będziemy padać na ziemię? Może ociekać krwią, może pozostawać bez rąk i nóg? Gdzie padniesz, aby więcej nie wstać i z jakim obrazem odejdziesz do wieczności? O jakiej porze, nocą czy w pełni dnia? Nad ranem, czy o zachodzie słońca skończysz życie bez pożegnania z kolegami, sam. Czy zimą będziesz zamarzał na kość? Czy latem w upale będziesz puchnąć, czernieć, aby po godzinie robaki zalęgły się w oczach i w nosie?
Z takimi brutalnymi, przerażającymi pytaniami zmagali się ludzie kilkadziesiąt lat temu. Dziś dla nas to zupełna abstrakcja, historyczne fakty, o których czytamy z niedowierzaniem. Najbardziej przerażające jest to iż nikt inny tylko ludzie- ludziom zgotowali ten los...

Tomek Nowik s.a.

menu

 
 
 
Wiadomości Żmigrodzkie
rss wykonanie
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.