Tym, którzy przyjdą po nas (cz.IV)
Styczeń to miesiąc w którym obchodzimy dzień babci i dzień dziadka. Kupujemy dla nich prezenty, kwiaty, składamy życzenia. To wszystko jest bardzo miłe i potrzebne. Święta są po to żeby rozweselały nasze codzienne życie. Święta należy obchodzić, celebrować, ale czy w tym wszystkim nie zapominamy o najważniejszym o naszych kochanych babciach i dziadkach. Czy 21, 22 stycznia nie stał się kolejnym komercyjnym świętem i pretekstem do kupowania prezentów? Radio, telewizja nie pozwoliły nikomu zapomnieć, że naszej babci i dziadkowi należy podarować jakiś upominek. Reklamy podpowiadały mnóstwo pomysłów, ale czy podpowiadały, w jaki sposób sprawić największą radość babci i dziadkowi? Może wystarczyłoby zwyczajnie złożyć wizytę, uśmiechnąć się, ucałować, porozmawiać. To często jest o wiele cenniejsze niż najdroższe prezenty. Nasze babcie i dziadkowie mają tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia i z pewnością zrobią to bardzo chętnie. Zechciejmy z nimi porozmawiać, wysłuchać - to najpiękniejszy prezent.
Bohater naszych opowiadań pan Zbigniew Jurecki to także ukochany dziadek swoich wnuków. Dziś im i nam-czytelnikom opowiada kolejną wspaniałą historię o swoim życiu.
Wschodni front powoli przesuwał się na zachód. Dowództwo naszego zgrupowania wydzieliło grupę rajdową pod dowództwem majora Roszkowskiego. Zadaniem grupy było udać się w okolicę Małoryty, by z tego rejonu zbierać dane o sile i ruchach niemieckich wojsk. Uzyskane wiadomości miały być przesyłane drogą radiową do Głównego Sztabu partyzanckiego. Grupa miała zadanie nawiązania kontaktów z polskimi ośrodkami na tym terenie, oraz miała dokonać rozpoznania warunków forsowania rzeki Bug. Wyruszyliśmy pod koniec stycznia 1944 roku. Dosyć długo trwał nasz marsz po bezdrożach. Od czasu do czasu zachodziliśmy do ludzkich osiedli dla zdobycia czegoś do jedzenia i ogrzania. Dokuczało przemęczenie i niedosypianie. Nie sprawiało to większych trudności, ludność przychylnie była nastawiona do nas, a grupa nasza nie była liczna. Niejednokrotnie zmęczeni całonocnym marszem zachodziliśmy nad ranem do mieszkań, by się ogrzać i trochę odpocząć. Na widok śpiących spokojnie w łóżkach ludzi nachodziła mnie myśl, ze pół życia bym dał za jedną spokojnie przespaną w ciepłym łóżku noc. Teren obsadzony był jednostkami węgierskimi oraz Własowcami na służbie niemieckiej. Własowcami nazywano potocznie żołnierzy jednostek organizowanych w ramach wermachtu, przez byłego generała rosyjskiego Andreja Wlasowa o innych generałów.
Poruszanie się w takich warunkach było dosyć trudne, tym bardziej, że grupa nasza była zbyt szczupła, by wdawać się w walkę z wrogiem. Zadaniem naszym była daleko posunięta konspiracja, by jak najdłużej utrzymać się w terenie. Zaszyliśmy się w lesie otoczonym bagnami. Dniem i nocą czuwała na niej placówka, uzbrojona w ręczny karabin maszynowy. Zbudowaliśmy dosyć dużą ziemiankę i kilka szałasów z drzewa, które częściowo chroniły nas przed zimnem i opadami. Zrobiliśmy również szałas dla czterech koni jucznych, które w czasie marszu dźwigały na grzbietach radiostację oraz amunicję zapasową. Nie łatwe w tych warunkach zadania miał nasz szef zaopatrzenia Grylak. Bywały takie dni, że nie było co jeść. Nasz szef przy swoim sprycie i zdolnościach, jakie w tym kierunku przejawiał, potrafił temu zaradzić.
Pewnego razu nie było chleba, a w odległej miejscowości był młyn, który robił mąkę na potrzeby okupanta. Grylak z kilkom partyzantami pojechał tam, mąkę zabrał a młynarzowi zostawił pokwitowanie, by mógł się czym okazać władzom niemieckim. Młynarz dodatkowo poprosił by uderzyć go kilka razy w twarz, tak żeby to było widoczne, bo obawiał się, że Niemcy mogą podejrzewać go, ze dobrowolnie oddał mąkę partyzantom. W drodze powrotnej nasz zaopatrzeniowiec zatrzymał się w następnej wiosce mąkę podzielił gospodyniom z prośbą by napiekły chleba. Rano przywiózł pełen wóz ciepłego, jeszcze parującego chleba.
Dosyć długo jak na partyzantów przebywaliśmy w tym miejscu. Małymi grupkami udawaliśmy się w teren dla zdobywania informacji o nieprzyjacielu. Uzyskane wiadomości zwiadowcy przekazywali dowódcy na podstawie, których sporządzał on meldunki, przekazywane drogą radiową do Sztabu Partyzanckiego.
Mimo, że zachowywaliÅ›my daleko posuniÄ™tÄ… konspiracjÄ™ i ostrożność, bo staraliÅ›my siÄ™ nawet ognia nie palić, by unoszÄ…cy siÄ™ nad lasem dym nie zdradzaÅ‚ naszej obecnoÅ›ci. To od kilku dni niemiecki samolot rozpoznawczy, tak zwana „Rama” krążyÅ‚ nad lasem. Z pewnoÅ›ciÄ… rejestrowaÅ‚ wszelkie podejrzane ruchy i wszystko co mogÅ‚o Å›wiadczyć o obecnoÅ›ci czÅ‚owieka w tej leÅ›nej gÅ‚uszy. PrzemieszczajÄ…cy siÄ™ jakiÅ› cieÅ„, jakiÅ› dymek, blask sÅ‚oÅ„ca odbity od gÅ‚adkiej powierzchnie rynsztunku partyzanckiego. PÅ‚onÄ…ce ognisko, niezawodne źródÅ‚o ciepÅ‚a ogrzewajÄ…ce tych, którym las zastÄ™powaÅ‚ dom rodzinny. LataÅ‚ dosyć nisko, ale nie strzelaliÅ›my do niego. SÄ…dziliÅ›my, że nie zauważy nic takiego, co by miaÅ‚o zwiÄ…zek z naszÄ… obecnoÅ›ciÄ… i da nam spokój.
Wczesny Å›wit zaczynaÅ‚ srebrzyć wierzchoÅ‚ki drzew. Na Å›piÄ…cych partyzantów krzyk wartownika, „Alarm” podziaÅ‚aÅ‚ jak wiadro zimnej wody wylanej na gÅ‚owÄ™. ZerwaÅ‚em siÄ™, uderzyÅ‚em gÅ‚owÄ… o niski sufit ziemianki. ChwyciÅ‚em automat w jednÄ… rÄ™kÄ™ buty i kożuch w drugÄ…. Wybiegam na zewnÄ…trz, ubieram siÄ™ w poÅ›piechu. SÅ‚ychać jak na oddalonej o kilkaset metrów placówce dÅ‚ugimi seriami zachÅ‚ystuje siÄ™ erkaem kaprala Tomczaka, który tej nocy z kilkoma ludźmi peÅ‚niÅ‚ sÅ‚użbÄ™ na jedynej drodze wiodÄ…cej do naszego obozu. Nie zdążyÅ‚em siÄ™ jeszcze ubrać, a już nieprzyjacielski cekaem zagdakaÅ‚ dÅ‚ugÄ… seriÄ…. Strzelanina wypeÅ‚niÅ‚a caÅ‚y las. Nieobeznanemu w leÅ›nej walce mogÅ‚o siÄ™ zdawać, że strzela kilkadziesiÄ…t karabinów maszynowych, bo echo powielaÅ‚o gÅ‚osy strzelaniny. Na przyjÄ™cie walki nie mogliÅ›my sobie pozwolić. MogÅ‚o to skoÅ„czyć siÄ™ likwidacjÄ… grupy, a w tym wypadku najważniejsza byÅ‚a radiostacja. Nie można byÅ‚o ryzykować by wpadÅ‚a w rÄ™ce wroga. Strzelanina wzmagaÅ‚a siÄ™ i przybliżaÅ‚a zarazem. Jest wiÄ™cej niż pewne, że nasza placówka wycofuje siÄ™, a w Å›lad za niÄ… posuwa siÄ™ wróg. W tej sytuacji major wydaje rozkaz wycofania siÄ™ do nastÄ™pnego masywu leÅ›nego oddalonego o kilka kilometrów. Dostać siÄ™ tam nie bÄ™dzie Å‚atwo, przestrzeÅ„ tÄ… trzeba przejść po kruchym lodzie pokrytym cienkÄ… warstwÄ… Å›niegu. Pierwsza wycofuje siÄ™ radiostacja z obsÅ‚ugÄ…. RadiostacjÄ™ przytroczyliÅ›my na koniu powierzonemu mojej opiece. W poÅ›piechu ciÄ…gnÄ™ konia w kierunku bagna, ale już po kilku krokach lód pod koniem zaÅ‚amuje siÄ™. KoÅ„ wpada po brzuch w grzÄ™zawisko. Nie ma czasu by konia ratować. Zostawiam go a radiostacjÄ™, która skÅ‚adaÅ‚a siÄ™ z trzech elementów niesiemy na plecach. Zapadamy siÄ™ co chwila w lodowatym bagnie. ZmÄ™czeni, mokrzy brudni od bÅ‚ota wycofujemy siÄ™ bez strat w ludziach. StraciliÅ›my tylko cztery konie. UmilkÅ‚y strzaÅ‚y, wróg nie miaÅ‚ ochoty kÄ…pać siÄ™ w bagnie. ByÅ‚ to wÄ™gierski batalion na sÅ‚użbie niemieckiej. Idziemy przez nieznane okolice, wkoÅ‚o gÅ‚uchy las, siwe mchy oplatajÄ… pnie drzew. KarÅ‚owate drzewa stojÄ… ciche i zadumane. Drożyna, po której idziemy - dzika i nieuczÄ™szczana. Nogi siÄ™ Å›lizgajÄ…. Pod wpÅ‚ywem ciepÅ‚a z rozgrzanych ciaÅ‚ mokra odzież paruje na plecach.
Po kilku dniach dołączyliśmy do oddziału, który przygotowuje się do wymarszu za Bug. Z ogromnym napięciem czekamy na rozkaz wymarszu, który wreszcie został wydany 20 marca. Marsz przebiega dosyć sprawnie, chociaż piesi partyzanci bardzo odczuwają trudy marszu. Nam zwiadowcom jest o wiele lżej, drogę pokonujemy przy pomocy końskich nóg. Zatrzymujemy się na odpoczynek w małej wsi położonej wśród lasu.
Jest dzień 23 marca, zimny, posępny. Na rozpoznanie terenu dowódca zwiadu wysłał czterech zwiadowców. Reszta śpi w stodole, ci których sen nie morzy wałęsają się po obejściu, czekają rozkazu, by dosiąść koni i udać się w wyznaczonym przez dowódcę kierunku. Siedzimy we czterech w ciasnej, niskiej chałupie. Każdy pogrążony w różnych, sobie tylko wiadomych rozmyślaniach. Wiecie chłopaki przerwałem długie milczenie. Coś mnie dzisiaj tak smutno a myśli uporczywie wracają do rodziny. Gdzie teraz jest? Jak żyje, a może już ich nie ma wśród żywych? Wciąż prześladuje mnie myśl, że gdybym był z nimi może byłoby im lżej. Jest dużo mężczyzn starszych, bardziej doświadczonych a do partyzantki nie poszli. Chcą za cudzymi plecami doczekać końca wojny i lepszych czasów. My nie chcemy pozować na bohaterów, nie sądzę byśmy kiedykolwiek żądali zaszczytów, czy wynagrodzeń. Ale czy potrafimy zachować zdrowie, normalne siły do pracy po wojnie? Radość życia. Co nam partyzantom, którym głód skręca kiszki, a wszy gryzą skórę bez zawodu, bez majątku, bez protekcji, a często i bez rodziny, da w zamian Ojczyzna? Czym odróżni od tamtych? Może nawet będziemy mieli stopnie odznaczenia. Oni będą mieli zdrowie, a co za tym idzie i pieniądze.
„Daj spokój, po co siÄ™ martwić na zapas, co ma być to bÄ™dzie” - przerwaÅ‚ moje rozważania MichaÅ‚. „RozkleiÅ‚eÅ› siÄ™ lepiej zaÅ›piewajmy jakÄ…Å› piosenkÄ™ to ci przejdzie”. Może masz racjÄ™, ale lżej czÅ‚owiekowi na sercu, gdy podzieli siÄ™ z kimÅ› swoimi myÅ›lami. Teraz i pieÅ›ni nie wesoÅ‚e, ale jeżeli sÄ…dzisz, że Å›piew pomaga. W życiu czÅ‚owieka bywajÄ… takie momenty, o których lepiej nie myÅ›leć.
Zakończenie dzisiejszej opowieści nie nastraja zbyt optymistycznie, ale takie właśnie były trudne czasy wojenne. Przychodziły momenty zwątpienia, przygnębienia i niełatwo było o uśmiech na twarzy. Nasze babcie i dziadkowie zostały w okrutny sposób doświadczone przez los. Czas jednak leczy rany i dziś często to pogodni ludzie, którzy w szczególny sposób zasługują na szacunek.
Tomek Nowik s.a.