70 lat osadnictwa na ziemiach odzyskanych
Czesław Hryhorciów
Wspomnienia spisał Mateusz Przybylski
Historia mojej rodziny opowiedziana mi przez wujka Czesława sięga do czasów tuż przed II wojną światową.
Zacznijmy od babci mojej mamy, a mojej prababci Bronisławy. Urodziła się w Dunce, powiat Tłumacz w województwie Stanisławowskim. Jej ojciec Mikołaj Palica był leśnikiem, mieszkającym z pierwszą żoną w Dunce. Nie mieli dzieci, a jego żona ciężko chorowała. Gdy zmarła, ożenił się z mamą prababci Antoniną i z nią miał pięcioro dzieci: Janinę, Władysława, Mieczysława, Bronisławę (moja prababcia) oraz Stanisława.
Tuż obok Dunki był wioska Odaje. Tam urodził się i wychowywał mój pradziadek Michał Hryhorciów. Był z pochodzenia Ukraińcem, a rodziny Polaków i Ukraińców mieszały się i łączyły, mimo wielu sprzeciwów. Rodzice pradziadka Michała to Justyna i Dymitr, a rodzeństwo to: Rozalia, Wasyl i Jan. Pradziadek Michał był najmłodszym dzieckiem.
Mimo wielu przeszkód pobrali się z prababcią Bronią w roku 1937. Pradziadek Michał starał się o najstarszą córkę w rodzinie mojej prababci Janinę, ale gdy był w wojsku, Janina wyszła za mąż za Stanisława i „po słowie” danym w domu pradziadek ożenił się z najmłodszą z córek Bronisławą. Dziadek był ułanem.
Pradziadek Michał w mundurze ułańskim-1936 rok
W 1936 roku mieście wojewódzkim odbyła się przysięga i tam prababcia Bronisława wraz ze starszą siostrą były zaproszone. Po ślubie w 1937 urodziły się dzieci: W 1939 roku Czesław (wujek opowiadający historie rodziny), w 1946 Aleksandra (moja babcia, a mama mojej mamy), Anna ( 1952) i Wasyl (1954), który zmarł mając niecałe pół roku.
Zdjęcie ze ślubu pradziadka Michała z prababcią Bronisławą-1937 rok
Pradziadek był na wojnie w 1939 roku, zostawiając prababcię z małym Czesławem. Trafił do niewoli niemieckiej na przełomie lat 1940-1941 . W roku 1944 wrócił do domu w mundurze, a jego syn, będący już 5- letnim chłopcem, dumnie paradował w czapce wojskowej.
Dzieci rodziły się wówczas w domu. Prababcia była, można by powiedzieć, doświadczoną „akuszerką”, gdyż odebrała sama bardzo dużo porodów. Wujek opowiadał też, jak daleko babcia chodziła po wodę. Z wioski do rzeki Dniestr, było to około 2,5 km. Zimy były srogie, śnieżne i droga była trudna. Bardzo ciężko było donieść do domu, całe wiadra z wodą, które były zawieszane na ramionach. Przez to ludzie mimo dużych gospodarstw i wybudowanych domów wyprowadzali się z miejscowości mojej prababci. Szukali miejscowości, gdzie woda była blisko.
W wioskach nie było prądu. Ludzie używali w gospodarstwach lamp naftowych. Tylko w Tłumaczu był prąd, ale po godzinie 22. Prąd był z młyna napędzanego wodą, gdzie były umieszczone prądnice. Włączany był od 22 do świtu. W Tłumaczu był urząd, gdzie załatwiano wszystkie formalności, śluby, zgony, pogrzeby, urodzenia, rejestrowano ludność i prowadzono spisy.
Wujek opowiadał, że dzieci bawiły się wspólnie tym, czym miały. Najczęściej bawili się w wojnę, za pistolety robiły kije, a koło zrobione z drutu i długi pręt były najlepszą zabawką dla chłopca. Dziewczynkom mamy szyły lalki z kawałków materiałów i wełny, a środek wypychano słomą lub piaskiem.
Ludzie pracowali ciężko w polu, ale wówczas było dużo łatwiej, bo pomoc sąsiedzka przy zbiorach była widoczna. Przy takiej pracy odbywało też się życie towarzyskie mieszkańców wioski.
Praca na polu we wsi Odaje
Wujek opowiadał też o kuchni, o tym, jak prababcia gotowała proste dania, które im (dzieciom) smakowały bardzo i były bardzo syte, a przede wszystkim zdrowe i naturalne bez polepszaczy jak dzisiejsza żywność.
Prababcia piekła chleb na zakwasie z mąki żytniej i razowej. Taki zaczyn zostawiała na noc, potem dodawała mąki i ugniatała ciasto. Gotowe ciasto musiało wyrosnąć i trwało to od 4 do 5 godzin. Prababcia miała specjalną deskę, tak zwaną „łopatę” do pieca chlebowego (piec chlebowy był w każdym domu). Ciasto się wyrabiało i układało na „łopatę” posypaną mąką. Ciasto oblewało się wodą i odciskało znak krzyża na chlebie. Piekło się też na liściu kapusty, wtedy chleb był czysty i nie był spalony od spodu.
Gdy zabijali świnię, robili kiszkę ziemniaczaną. Do flaków wpychano starte ziemniaki z ziołami, przyprawami i skwarkami i zapiekano w piecu chlebowym. Wujek opowiedział mi, że jego ulubionymi daniami były:
peresypka i korżyki.
Peresypka- tak nazywali danie, podobne do gołąbków przekładanych warstwami, tylko u nich było to z dodatkiem kaszy jaglanej lub kukurydzianej i skwarek z mięsem przekładanych liśćmi kapusty i całość zapiekana w piecu chlebowym.
Korżyki- były to placki z mąki, jajek, kwaśnego mleka, sody i szczypty soli, które piekło się na blacie w kuchni. Placki te były przysmakami prawie wszystkich dzieci.
Dzisiejsza kasza manna była gotowana z kaszy kukurydzianej z mlekiem na rzadko, nie mogła być gęsta. Nazywali to
czyr lub
bełka.
Mamałyga- gotowana była z kaszy kukurydzianej, wody, soli, oleju. Musiała być podana na gęsto ze skwarkami, cebulą duszoną i kwaśnym mlekiem.
Na Wielkanoc głównym daniem była tak zwana święconka. Prababcia smażyła boczek wędzony, kiełbasę białą i szynkę, dodawała starty chrzan w korzeniu i ugotowane jajka na twardo, pokrojone w ćwiartki.
Mąkę ze zboża przygotowywali sami w domu. Była to tradycja i każdy dom miał maszynę do mielenia ziaren zboża. Dlatego prababcia Bronisława na bieżące potrzeby miała świeżą mąkę, na chleb, pierogi i placki.
Z Odaji wyjechali do Biaław Wielkich w 1957 roku. Wcześniej wyjechała tam najstarsza siostra mojej prababci Janina. Mieszkali razem około pół roku, a potem przenieśli się do własnego domu w Czaplicach.
W 1980 roku przeprowadzili się do Głębowic i tam zostali do końca swego życia. Pradziadek zmarł w 1991 roku, a prababcia w roku 2013. Pradziadka nie poznałem, słyszałem o nim dużo z opowieści mojej mamy i babci Aleksandry. Prababcia Bronia przeżyła 95 lat i bywałem częstym gościem u niej. Dożyła sędziwego, pięknego wieku, doczekała się siedmioro wnucząt i dziewięcioro prawnucząt.
Dziękuję wujkowi za opowiedzianą historię rodzinną, bo to dla mnie ważne, by wiedzieć co przeżyli moi przodkowie.