archiwum - 16 - grudzień

 
 

Przed wojną na ziemi żmigrodzkiej... Fragmenty wspomnień, cz. 8

Dziś kolejna porcja wspomnień od pana Manfreda Seidel, pochodzącego z Góreczki (dawniej Berghof, część Barkowa), który przekazał mi opis i wspomnienia życia przed 1945 r. w tamtych stronach opracowane przez Waltera Seidela. Życzę przyjemnej lektury!

Dzień św. Mikołaja

Dzień św. Mikołaja był dla nas, dzieci, dużym wydarzeniem. Częściowo cieszyliśmy się na nadejście tego dnia, częściowo, zależnie od wieku, obawialiśmy się tego wieczoru.

Tego dnia wieczorem siedzieliśmy w gabinecie przy rodzicach. Piec kaflowy ogrzewał pomieszczenie, które tylko oszczędnie było oświetlone świecami.

Nagle od strony okna dały się słyszeć mocne twarde kroki. Uderzenie rózgą w okno. Teraz nawet ci najodważniejsi stali się nieco "mniejsi". Krótko po tym w domu zrobiło się zamieszanie i krzyki służących w kuchni. Ciężkie kroki przybliżały się korytarzem. Mocne uderzenie w drzwi. Tato zawołał: "Wejść!" i Mikołaj stał w całej swojej okazałości w pokoju.

Ubrany był w długie futro, które było przepasane sznurem, na nogach miał wysokie buty futrzane. Wysoka czapka futrzana pokrywała jego głowę. Falująca broda pozwalała w niewielkim stopniu na rozpoznanie jego twarzy. Ciężki worek, prawie w całości wypełniony, ze stukiem upuścił na podłogę, trzymając jednocześnie w rękach rózgę brzozową. Rodzice powitali go z dużym szacunkiem. Swoje zadanie rozpoczął od najmłodszych, tych najmniej winnych. Z wielką dobrocią pytał on je o krótką modlitwę lub o wiersz, co powiedzieli, a potem obdarował je wypełnionymi woreczkami. Maluchy przyjęły je z ogromną wdzięcznością.

Teraz w kolejce byli starsi. Głos Mikołaja stał się głośniejszy i grożący. O szkole i o włóczeniu się wiedział on zadziwiająco dokładnie. Trzeba było powiedzieć modlitwy, wiersze

albo zaśpiewać piosenki. Jeśli się pomyliło, było uderzenie rózgą, ale do zniesienia.

Kiedy wszystko minęło, odetchnęliśmy z ulgą. Śpiewaliśmy jeszcze potem pieśni adwentowe, po czym Mikołaj pożegnał się z obietnicą, że w następnym roku znowu wróci. Rózgę zostawił

i powiedział, aby starsi poprawili się. Tato odprowadził Mikołaja, co trwało zawsze dłuższy czas. Za moich czasów Mikołajem był mistrz szewc Lutzak z Barkowa, który był też kościelnym w kościele. Swoją rolę odgrywał tak doskonale, że długo nie wiedzieliśmy, kto był Mikołajem.

Mama utrzymywała wszystkie przygotowania w tajemnicy. Do tego należało też przygotowanie ubioru, uszycie i wypełnienie woreczków. Pan Lutzak został później wynagrodzony za swoją pracę butelką wódki i datkiem pieniężnym. Jak nam później powiedział, w Berghofie wypełniał swoją rolę bardzo chętnie.

Kiedy pojawiły się już wnuki, wtedy brat Otto grał rolę Mikołaja. Także on wypełniał swoją rolę dobrze. Tylko mały Jaś [w tekście Hansel], 4 lata, powiedział: "Mikołaj ma oczy wujka Otto".

Z listów mamy z okresu Bożego Narodzenia w 1944 r. wyczytałem, że kierownik kasy oszczędnościowo-pożyczkowej z Barkowa, pan Riegel, był ostatnim Mikołajem w Berghof.

Kiedy mieszkaliśmy już w Espol, zamawiałem Mikołaja w grupie budowniczych dróg pana Herbsta, który mieszkał w domu myśliwskim. Syn Manfred i Jürgen Schröder, obaj 8 lat byli bardzo odważni i wścibscy i uważali, że wszystko z Mikołajem to kłamstwo. Kiedy później przyszedł Mikołaj, bardzo surowy i po razach rózgi dla nich, stawali się naprawdę "bardzo mali" i uwierzyli w Mikołaja.

Po kupnie naszego pierwszego samochodu jeździliśmy w roku 1953 w wieczór mikołajowy do Duderstadt. Córka Gisela, miała wtedy 5 lat, była bardzo podniecona, że jej tato także otrzymał razy od Mikołaja z powodu złego zachowania się w stosunku do swojej żony.

Boże Narodzenie

Święta zbliżały się coraz szybciej - był to okres polowań z nagonką, w których tato tak chętnie brał udział. Mama jeździła wtedy kilkakrotnie do Wrocławia, skąd wracała z wieloma pakunkami. Także pocztą przychodziło wiele paczek. Wszystko było przechowywane w dobrze zamkniętym pokoju dla pań. Na długo wcześniej wkładaliśmy swoje kartki z życzeniami w podwójne okno. Mimo najostrzejszych obserwacji nigdy nie zauważyliśmy jak choinka została wniesiona do domu. Już kilka dni przed Wigilią pokój świąteczny i ten przylegający pokój dla pań były zamknięte a firany zasłonięte. Także ciekawskie spoglądanie przez dziurkę od klucza nie dawało żadnego rezultatu. O wszystkim pomyślało Dzieciątko Boże - było bardzo tajemniczo.

W późniejszych latach razem z tatą przynosiliśmy choinki z Bartkowa. Wolno nam było samym wyrąbać ładne drzewko. Dla naszego woźnicy, pana Pirntke wyrąbywaliśmy małe drzewko. Za drzewka zapłaciliśmy, a za uprzejmość leśniczy Kroll otrzymał od nas butelkę wódki i kosz cebul. Przed Wigilią nigdy nie wchodziliśmy do pokoju świątecznego, który nasza mama z wielką miłością tak świątecznie udekorowała. Później przyszedł ten długo wyczekiwany wieczór, ledwo mogliśmy dobrze spać. Jak najwcześniej z rana wychodziliśmy na dwór pojeździć na łyżwach po zamarzniętych rowach i łąkach. Czas mijał przy tym bardzo szybko. Rzadko w tym czasie spadł śnieg. Prószyło zwykle dopiero po Bożym Narodzeniu.

Potem jeździliśmy z tatą karmić dziką zwierzynę. Pszenicę i inne ziarno dostawały bażanty i kuropatwy w miejscach do karmienia, które były przygotowane już jesienią. Sarny przychodziły na polach po burakach i kartoflach, ponieważ leżało tam jeszcze dużo bulw. Dziczyzna nie cierpiała z głodu. Sarny pojawiały się szczególnie chętnie na polach po łubinie.

Przy przejażdżce w dzień Wigilii zwracaliśmy szczególną uwagę na kłusowników, którzy spokój dni świątecznych chcieli wykorzystać do swoich ciemnych zabronionych czynów.

W końcu nadchodził wieczór. Wszyscy wykąpali się i ubrali się świątecznie. W sypialni rodziców siedzieliśmy pełni oczekiwania i nasłuchiwaliśmy dzwonka Dzieciątka Jezus. Mama opowiadała ciekawe historie i tylko jedna świeca oświetlała pomieszczenie. Drzwi do klatki schodowej były tylko przymknięte aby nie przeoczyć dzwonienia. Ze zdenerwowania wszyscy poczerwienieli. Wreszcie! Cudowne dzwonienie, które powoli narastało a potem znowu jakby dźwięczało w oddali. W ustalonym porządku, najpierw najmłodsi ze swoimi mamami, wszyscy schodzili schodami w dół. Klatka schodowa była świątecznie udekorowana, drzwi skrzydłowe do pokoju świątecznego były szeroko otwarte. Po prawej stronie, w stałym miejscu stała cudowna choinka promieniująca nieziemskim blaskiem - takie było w każdym razie nasze wrażenie.

Po tym jak już wszyscy byli w pokoju, także służące, podchodziła mama albo też Franz do pianina i grała. Śpiewaliśmy kolędy. Wszyscy byli wzruszeni tym szczególnym, cudownym nastrojem. Po śpiewaniu każdy szukał swojego miejsca z podarunkiem. Na krzesłach i stołach stały i leżały podarki: zabawki, książki, ubranie, kolorowe talerze. Pierwsza zabawka była zaraz wypróbowana, prezenty dla innych zostały ocenione. Następnie jedliśmy świąteczne dania. Niechętnie zostawialiśmy wtedy prezenty w pokoju świątecznym, świece były gaszone.

Przy świątecznie nakrytym stole odmówiliśmy wszyscy "Ojcze Nasz". Potem już jedliśmy: karpia z polskim sosem. Głowy karpi, duże, były dla taty i synów szczególnym przysmakiem.

Następnie podawane były białe kiełbaski; podawano je jeszcze w sylwestra. Z największą rozkoszą spożywaliśmy je, także jeszcze dzisiaj przy świątecznym posiłku na Wigilię.

Tak szybko jak to było możliwe szliśmy do pokoju świątecznego. Starsi zbudowali dużą elektryczną kolejkę żelazną, młodszym wolno było tylko się przyglądać. Jedna lokomotywa parowa, napędzana spirytusem, gwizdała. Było wspaniale. Inni czytali książkę.

Rodzice, zmęczeni przygotowaniami, poszli do ogrodu zimowego. Mogli tam obserwować to wesołe zachowanie się i cieszyli się z radości swoich dzieci i wnuków. Zawsze było to duże szczęście w rodzinie aż do nadchodzącej strasznej wojny, która wszystko zniszczyła.

Niezbyt późno szliśmy tego wieczora spać, ponieważ o godz. 5 rano pierwszego dnia świąt była nasza msza w Barkowie. Nikogo nie mogło brakować. Po powrocie ze mszy my starsi chłopcy szliśmy chętnie na pole i do lasu. Pewnego razu razem z bratem Otto wyciągnęliśmy kunę z dużej pułapki skrzynkowej. Ale ona już dawno zdechła.

Sala zwana pokojem świątecznym, była teraz zawsze otwarta, w dużym świątecznym pomieszczeniu można było bawić się. Drugiego dnia świąt znowu wszyscy szli do kościoła. Po południu jeszcze pierwszego dnia odwiedzali nas ksiądz Hahn z siostrą i major Viebig. Po dobrym jedzeniu dorośli siadali przy "dobrych kropelkach" i rozmawiali.

Między świętami odbywały się czasem polowania z nagonką u sąsiadów. My, myśliwi wśród synów, szliśmy wzdłuż wału, aby wyszukać bażanty, albo przeciskaliśmy się przez pole szparagowe szukając królików.

Jolanta Becela
Paweł Becela

[PANEL PRAWY]
 
w numerach archiwalnych

na stronie www
 
 
Wiadomości Żmigrodzkie
rss wykonanie
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.