Tym, którzy przyjdą po nas (cz.II)
Lekcje historii dla wielu z nas były lub są po prostu obowiązkiem. Dla jednych bardziej przyjemnym dla innych nieco mniej. Najbardziej jednak przemawiają do nas prawdziwe historie a nie suche informacje zawarte w podręcznikach. Opowiadane przez naszych dziadków z drżeniem w głosie i często ze łzami w oczach. Takie prawdziwe, choć często smutne a nawet przerażające.
W dzisiejszym numerze „WiadomoÅ›ci Å»migrodzkich” kolejna lekcja historii Pana Zbigniewa Jureckiego. Jest to kolejna odsÅ‚ona trudnego i ciężkiego życia jakie toczyÅ‚o siÄ™ w czasie wojny.
Pierwszego września 1939 roku Niemcy Hitlerowskie bez wypowiedzenia wojny rzuciły olbrzymie siły militarne na Polskę.
Miałem wówczas 14 lat. Z kraju nadchodziły coraz bardziej dramatyczne wieści. Sytuacja pogarszała się z dnia na dzień. Polska do wojny nie była przygotowana ani technicznie ani organizacyjnie. Większość naszego społeczeństwa nie uświadamiała sobie różnicy pomiędzy naszym a niemieckim potencjałem militarnym i była usposobiona bardzo buńczucznie. II wojna światowa stała się dla Polaków tragiczna. W wojnie ostatecznie mógł zwyciężyć Hitler albo Stalin. Na zwycięstwo Polski miejsca nie było.
17 września1939 roku do Polski od wschodu wkroczyły wojska sowieckie. Był to cios w plecy. Ledwie rozpoczęta wojna kończyła się klęską. Hitler i Stalin podzielili się Polską. Nastąpił czwarty rozbiór Polski. Niewola to nie tylko lata obozów koncentracyjnych, walki partyzanckiej, ale także cały ciąg upokorzeń narodowych. W planach okupantów naród polski miał być narodem niewolników.
W wyniku zaistniałej sytuacji wschodnie tereny Rzeczypospolitej znalazły się pod sowiecką okupacją. W moim życiu nastąpił nowy okres. Wewnętrznie nie mogłem pogodzić się z utrata niepodległości.
Pewnego dnia aresztowali ojca pod zarzutem posiadania broni. Faktem byÅ‚o, że do wybuchu wojny, gdy ojciec byÅ‚ komendantem „Strzelca” w domu naszym byÅ‚a skrzynia z karabinami, w których nie byÅ‚o amunicji. SÅ‚użyÅ‚y one do ćwiczeÅ„ strzeleckich. Na krótko przed wybuchem wojny zostaÅ‚y one zabrane przez polskÄ… policjÄ™ paÅ„stwowÄ… i oni o tym dobrze wiedzieli. Po kilku dniach od aresztowania ojca robiÅ‚em jak zwykle obrzÄ…dek. ByÅ‚em w stodole po Å›ciółkÄ™. W pewnym momencie zobaczyÅ‚em przez otwarte drzwi stodoÅ‚y czterech uzbrojonych drabów z ukraiÅ„skiej policji idÄ…cych w kierunku naszego domu. ByÅ‚em pewny, że nic dobrego to nie wróży. W pierwszej chwili już chciaÅ‚em uciekać, ale byÅ‚o za późno. ChciaÅ‚em ukryć siÄ™ w stodole, ale mnie zauważyli, wiÄ™c wyszedÅ‚em. Podchodzi do mnie jeden i w ukraiÅ„skim jÄ™zyku mówi: „Twój ojciec mówi, że ty wiesz gdzie jest ukryta broÅ„ i kazaÅ‚ żebyÅ› nam jÄ… oddaÅ‚”. Spokojnym na ile byÅ‚o mnie stać gÅ‚osem odpowiedziaÅ‚em, że żadnej broni nie mamy i ja o niczym nie wiem. „A może ty wiesz, kto w waszej koloni ma broÅ„?” - pytaÅ‚ dalej uparcie. Nie ma u nas żadnej broni powiedziaÅ‚em jeszcze raz. FaszyÅ›cie gniewem zabÅ‚ysÅ‚y oczy. JednoczeÅ›nie uderzyÅ‚ mnie pięściÄ… w twarz, ogÅ‚uszony upadÅ‚em. ZaczÄ…Å‚ kopać mnie ciężkimi buciorami. StraciÅ‚em przytomność. Wylali mi na gÅ‚owÄ™ wiadro zimnej wody. OdzyskujÄ…c przytomność sÅ‚yszaÅ‚em jak matka pÅ‚aczÄ…c prosiÅ‚a by dali mi spokój. Jeden z nich odepchnÄ…Å‚ matkÄ™ tak, że upadÅ‚a na ziemiÄ™. Ja z trudem siÄ™ podniosÅ‚em, twarz miaÅ‚em we krwi bolaÅ‚y mnie wszystkie pobite miejsca a najbardziej gÅ‚owa i twarz. ProsiÅ‚em by pozwolili mi siÄ™ umyć. Nie pozwolili. Takiego zakrwawionego prowadzili do posterunku we wsi Chinocze. Na miejscu nie pytali mnie o nic. Posadzili na stoÅ‚ku po Å›cianÄ… naprzeciwko wejÅ›cia do posterunku. Po pewnym czasie przyprowadzili ojca by mnie takiego zakrwawionego zobaczyÅ‚. Na mój widok ojciec lekko pobladÅ‚, ale nie powiedziaÅ‚ ani sÅ‚owa. Po chwili ojca odprowadzili, a mnie zamknÄ™li w izbie z okratowanym maÅ‚ym okienkiem. Po kilku godzinach wypuÅ›cili mnie i kazali iść do domu. Po kilu dniach ojca też wypuÅ›cili. Jak siÄ™ z tej opresji wykrÄ™ciÅ‚? To pozostaÅ‚o jego tajemnicÄ…. Od tej pory ukrywaÅ‚ siÄ™. StaraÅ‚ siÄ™ jak najrzadziej przebywać w domu. NocowaÅ‚ w cudzych stodoÅ‚ach, a czÄ™sto w szczerym polu.
WstawaÅ‚ wczesny czerwcowy ranek. JaÅ›niejÄ…ce na wschodniej części niebo zwiastowaÅ‚o bliski wschód sÅ‚oÅ„ca. Nagle strzaÅ‚ jak piorun rozdarÅ‚ ciszÄ™ letniego poranka. SpaÅ‚em jak zwykle latem na strychu. Bez chwili namysÅ‚u wyskoczyÅ‚em przez w szczycie dachu i daÅ‚em nura w rosnÄ…ce wokół zabudowaÅ„ krzaki. Nie wiedziaÅ‚em jeszcze, co siÄ™ staÅ‚o, kto i dlaczego strzeliÅ‚. Za chwilÄ™ huknÄ…Å‚ drugi strzaÅ‚. PodniosÅ‚em siÄ™ by zobaczyć, kto strzela i na moment serce we mnie zamarÅ‚o. W moim kierunku biegÅ‚a moja siostra, a na podwórzu staÅ‚ faszysta i mierzyÅ‚ do niej z karabinu. Nie wytrzymaÅ‚em nerwowo i krzyknÄ…Å‚em. Stój bo ciÄ™ zabije. Siostra zatrzymaÅ‚a siÄ™. Faszysta zauważyÅ‚ mnie. Ucieczka byÅ‚a niemożliwa. ZbliżaÅ‚o siÄ™ jeszcze dwóch, byli to policjanci ukraiÅ„scy na sÅ‚użbie niemieckiej. Zabrali nas wszystkich i poprowadzili do budynku szkolnego. Tu sprowadzili wszystkich mieszkaÅ„ców koloni. SpÄ™dzili wszystkich do dwóch dużych sal, tak, jak kogo zastali. Pozamykali drzwi, okna, budynek okrążyli z broniÄ… gotowÄ… do strzaÅ‚u, nie wypuszczali nikogo. StÅ‚oczeni i przestraszeni ludzie nawet ze sobÄ… nie rozmawiali. SÅ‚ychać byÅ‚o tylko pÅ‚acz dzieci. SÅ‚oÅ„ce podniosÅ‚o siÄ™ wysoko. ZrobiÅ‚o siÄ™ duszno, pot Å›ciekaÅ‚ po twarzach i ta niepewność co bÄ™dzie? Starsze kobiety zaczęły siÄ™ modlić. KtoÅ› zaczÄ…Å‚ Å›piewać „Serdeczna Matko opiekunko ludzi, niech CiÄ™ pÅ‚acz sierot do litoÅ›ci wzbudzi”. PÅ‚acz wybuchÅ‚ ogólny, jak burza, która dÅ‚ugo wzbieraÅ‚a i naraz lunęła gwaÅ‚townym deszczem. Nie trwaÅ‚o to dÅ‚ugo, bo oczy wszystkich skierowaÅ‚y siÄ™ na drogÄ™ obok budynku szkolnego. Na drodze ukazaÅ‚ siÄ™ wóz zaprzężony w parÄ™ koni. Na wozie siedziaÅ‚o dwóch rosÅ‚ych i spasionych Niemców. Przed budynkiem wóz zatrzymaÅ‚ siÄ™. Do wozu podbiegÅ‚ jeden z ukraiÅ„skich policjantów i przyspieszonym gÅ‚osem skÅ‚adaÅ‚ jakiÅ› meldunek Niemcom. Niemcy zeszli z wozu. Na wozie w sÅ‚omie leżaÅ‚ czÅ‚owiek. Po chwili podniósÅ‚ siÄ™, usiadÅ‚, miaÅ‚ zwiÄ…zane rÄ™ce do tyÅ‚u, wyglÄ…daÅ‚ mizernie.
SiedziaÅ‚em skulony na podÅ‚odze przy drzwiach i obserwowaÅ‚em policjanta spacerujÄ…cego z karabinem gotowym do strzaÅ‚u. SiedzÄ…cy obok mnie ludzie coÅ› szeptali miÄ™dzy sobÄ…, lecz do mojej Å›wiadomoÅ›ci nie docieraÅ‚y żadne sÅ‚owa. Dopiero, gdy jeden z siedzÄ…cych obok mnie mężczyzn powiedziaÅ‚, że mogÄ… nas żywcem spalić, zrobiÅ‚o mi siÄ™ jakoÅ› dziwnie w Å›rodku. Spod Å›ciany podniósÅ‚ siÄ™ mój ojciec. PodszedÅ‚ do policjanta chwilÄ™ rozmawiaÅ‚ nastÄ™pnie oba podeszli do stojÄ…cych na zewnÄ…trz budynku Niemców. DomyÅ›laÅ‚em siÄ™, że ojciec przez tÅ‚umacza o coÅ› ich prosiÅ‚. Niemiec skinÄ…Å‚ gÅ‚owÄ…, co oznaczaÅ‚o zgodÄ™. Ojciec zawoÅ‚aÅ‚ mnie i kazaÅ‚ zapÄ™dzić krowy, które podczas strzelaniny pozrywaÅ‚y Å‚aÅ„cuchy, wyszÅ‚y z obory i teraz pasÅ‚y siÄ™ pobliskim zbożu. Widać byÅ‚o, że chciaÅ‚ mi coÅ› jeszcze powiedzieć, ale policjant nie odchodziÅ‚ od niego. Powoli nie spieszÄ…c siÄ™, bo chciaÅ‚em przedÅ‚użyć swój pobyt na wolnoÅ›ci, zapÄ™dziÅ‚em krowy do obory. Przez ten caÅ‚y czas nie opuszczaÅ‚a mnie myÅ›l, że mam okazjÄ™ ucieczki. ZdawaÅ‚em sobie sprawÄ™, że życie, chociaż najgorsze trzeba cenić, chciaÅ‚em żyć. JednoczeÅ›nie obawiaÅ‚em siÄ™, że przez ucieczkÄ™ mogÄ™ pogorszyć sytuacjÄ™ caÅ‚e rodziny. I tak bijÄ…c siÄ™ z myÅ›lami wróciÅ‚em z powrotem. „DlaczegoÅ› nie uciekÅ‚”?- wyszeptaÅ‚ ojciec ze Å‚zami w oczach. Lecz na to byÅ‚o już za późno.
Słońce dawno już przeszło na drugą połowę swojej drogi, a ukraińsko-niemieccy policjanci krążyli wokół jak szakale. Wreszczcie kazali wychodzić wszystkim na pole przed szkołą. Matki tuliły dzieci do siebie w przekonaniu, że to ostatnie minuty życia. Ludzi ogarnął obłędny strach, który wdzierał się do płuc jak zaduch. Ludzie zaczęli żegnać się ze sobą z tą myślą i przekonaniem, że za chwilę czeka ich śmierć od kul. Początkowo nie chcieli wychodzić z budynku lecz popychani przy pomocy kolb karabinowych, których nie szczędzili opornym policjanci, powoli opuszczali budynek.
Przy drodze rosła samotna brzoza, jak niemy świadek tej tragedii, na nią były skierowane oczy wszystkich. Obok brzozy stało dwóch Niemców. Jeden z nich trzymał w ręce powróz, przywiązał jeden koniec do gałęzi, na drugim końcu zrobił pętlę i stojąc z tym powrozem w ręku wygłosił krótkie przemówienie. Głosiło ono, że za wszelkie stawianie oporu wobec władzy okupanta, nie wywiązywanie się z obowiązków, za ukrywanie i posiadanie broni itp., każdego spotka kara, taka jak tego. Tu wskazał na siedzącego na wozie mężczyznę. Ściągnięto go z wozu pomagając sobie kolbami karabinów. Skazaniec bez oporów wszedł na przygotowany przy drzewie stołek. Stojący obok Niemiec rozciął bagnetem sznur, którym ten nieszczęśnik miał związane ręce. Człowiek ten bez słowa protestu, bez oporu założył sobie pętlę na szyję. Niemiec kopnął stołek. Człowiek zawisł na powrozie, parę razy drgnął, przez chwilę balansując na wzór wahadła. Ludzie odwracali głowy od tego nieprzyjemnego widoku. Matki zasłaniały dzieciom oczy. Niemcy zawołali sołtysa i nakazali mu by ciało powieszonego pogrzebać dopiero po czterech dniach. Wreszcie kazali iść wszystkim do domów. Ludzie w jednej chwili rozbiegli się jak stado kuropatw, by jak najprędzej oddalić się od tego miejsca.
W mieszkaniach zostali bałagan, wszystko porozrzucane, nawet podłogi były pozrywane. Przeprowadzono szczegółową rewizję, co bardziej wartościowe przedmioty poznikały. Było wielki szczęściem, że nic nie znaleźli, a prawdopodobnie chodziło o broń lub coś, co by miało związek z działalnością przeciw okupantowi, bo wtedy wiadomo, jaki los spotkałby wszystkich.
Mimo tych wszystkich trudnoÅ›ci, strachu i niepewnoÅ›ci życie toczyÅ‚o siÄ™ dalej, tyle tylko, że wolniej, smutniej i niepewnie. Mimo to i wówczas wierzono w szczęście i staropolskie powiedzenie „JakoÅ› to bÄ™dzie”.
Kolejna część opowiadań Pana Zbigniewa Jureckiego już w następnym numerze Wiadomości Żmigrodzkich.
Tomek Nowik, AS