archiwum - 15 - listopad

 
 

70 lat osadnictwa na ziemiach odzyskanych

Historia rodziny Kirpów


Wspomnienia spisała Martyna Kirpa


Chciałabym przedstawić historię mojej rodziny. Informacje zebrałam od mojej babci Danuty Kirpy i jej brata, mojego wujka, Wacława Kirpy.

Moja prababcia Helena Kirpa z domu Dukiel urodziła się w 1910 roku w Nowej Wilejce (ZSRR). Zmarła w 2010 roku w Żmigrodzie, przeżyła dwie wojny i dokładnie 100 lat. To z jej opowiadań babcia i wujek wiedzą najwięcej. Oto ich historia:

Gdy prababcia miała 4 lata, zmarła jej mama. Została z tatą, dwiema siostrami i niewidomą babcią. Cztery lata później, w 1918 roku, gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, tato i jej starsza siostra Stefania wyjechali, niewidoma babcia zmarła, a moja ośmioletnia wtedy prababcia i jej siostra zostały rozdzielone do różnych rodzin na służbę.

Babcia Hela trafiła do miejscowości Jarosław (ZSRR) do niedobrej rodziny. Była źle traktowana, pracowała jako służba domowa, spała na strychu. Z tamtych czasów pamiętała, że Rosjanie, przechodząc przez wsie i miasta grabili wszystko, co napotkali na drodze, więc cenne rzeczy w domach były schowane. Mówiła też, że Niemcy byli lepsi niż Rosjanie, niemieccy żołnierze dawali dzieciom cukierki.

Poznała tam mojego pradziadka Michała Kirpę. Po ślubie wyprowadzili się do rodzinnego miasteczka babci.

Tam założyli rodzinę. Mieli dwie córki - Danutę i Irenę oraz czterech synów - Wacława, Ryszarda, Ludwika i Czesława. Mieszkali w domu pomiędzy torami. Miasteczko było bardzo ładne. Wszyscy sąsiedzi sobie nawzajem pomagali, byli bardzo życzliwi. Z Nowej Wilejki było blisko do Wilna. Można było dojść tam pieszo. Wujek wspomina festyn, który był co roku organizowany w Wilnie na świętego Kazimierza, były to tak zwane Kaziuki. Można było dostać tam wszystko: jedzenie, ubrania, zabawki. Pradziadek Michał pracował na kolei. Pewnej zimy wracając z pracy do domu przez las, zobaczył, że szedł za nim wilk. Nic mu nie zrobił, szedł tylko, jakby chciał go pilnować. Gdy wybuchła druga wojna światowa, wujek Wacek miał 5 lat. Był starszy od mojej babci Danusi, więc pamięta więcej. Ich tato nie walczył na wojnie, był zwolniony, ponieważ pracował na kolei.

W Wilejce było dość bezpiecznie. Nie było tam częstych aresztowań ani mordowania ludzi. Jedynym niebezpieczeństwem były samoloty. Gdy nadlatywały, wszyscy mieszkańcy uciekali do bunkrów w lesie. Mieszkali tam u jakiegoś gospodarza, przez około tydzień, po czym znów wracali do domu. Wujek przystąpił tam do pierwszej komunii świętej. Po zakończonej mszy, gdy wszyscy wychodzili z kościoła, zaczęto strzelać do ludzi. W pośpiechu wszyscy uciekli do lasu, gdzie ksiądz rozdał święte obrazki. Wujek ma ten obrazek do dziś, jest dla niego najważniejszym obrazkiem, jaki kiedykolwiek dostał.

Ludzie borykali się z wieloma chorobami. Zanim wyjechali na ziemie odzyskane, Ryszard, Ludwik i Czesław, czyli trzej bracia mojej babci, zmarli.

W 1946 roku opuścili Nową Wilejkę, aby przybyć na ziemie odzyskane. Z Nowej Wilejki jechali trzydzieści dni w wagonach bydlęcych. Było tam dużo rodzin, a każdy miał ze sobą meble i zwierzęta. Moja rodzina zabrała ze sobą kury, kozę i kota. Jazda była dla wszystkich bardzo męcząca. Pociągi stawały na bocznicach, a dorośli wychodzili w poszukiwaniu wody, jedzenia, mleka dla dzieci. Dzieci zostawały w wagonie. Pewnego razu wagon, w którym została babcia, wujek, ich rodzeństwo i dzieci z innych rodzin, został odłączony od reszty pociągu. Rodzice rozpoznali ten wagon tylko po tym, że miał na dachu umocowany duży stół. Na środku wagonu stał żelazny piecyk, w którym palili, aby się ogrzać i przygotować ciepły posiłek.

Po trzydziestu dniach dotarli do Bartoszyc na Mazurach. Tam mieszkali w dużym domu na parterze, wyżej mieszkała inna rodzina i Niemcy, którzy po jakimś czasie wyjechali. Mieli tam dobre warunki i ładny dom. W Żmigrodzie mieszkała rodzina, która wyprowadziła się wcześniej. Pisała listy do babci i opowiadała, że Żmigród to bardzo ładne miasteczko, więc pod namową rodziny opuścili Mazury i przyjechali na Dolny Śląsk. W Żmigrodzie, wtedy jeszcze w powiecie milickim, zatrzymali się u rodziny przy ulicy Zielonej. Żałowali, że opuścili Mazury. Żmigród był brzydki od powojennych pozostałości- zalegały tu wielkie kupy gruzu, śmieci i kości. Wujek pamięta, że dzieci, aby zarobić, zbierały kości i kawałki materiałów, żeby sprzedać to w punkcie skupu.

W domu było bardzo ciasno, dlatego przenieśli się na ulicę Kościuszki również do swojej rodziny. Tam mieszkali na poddaszu w domu obok młyna. To poddasze okazało się jeszcze gorsze.

W końcu, po roku tułaczki, w 1947 roku zarząd miejski przyznał im mieszkanie przy Batorego 8. Dziś jest to jeden z najstarszych budynków w mieście. Dostali mieszkanie na parterze, a w całym budynku mieszkała tylko jedna cygańska rodzina. Cyganie byli bardzo agresywni i niekulturalni. Co noc rozpalali na podwórku ognisko i głośno śpiewali. Gdy nie było w domu nikogo dorosłego, cyganki bez niczyjego pozwolenia wchodziły do domu, aby przeglądać się w ogromnym lustrze. Babcia wspomina, że bardzo się ich bała i jako mała dziewczynka ukrywała się przed nimi pod stołem. Nosiły one długie spódnice, pod którymi chowały kury. Udając, że je karmią, kucały, sypały ziarno i wkładały kurę pod spódnice. W mieszkaniach nie było wody a toalety - ustępy - były na dworze. W budynku były dwa krany, na korytarzu i w piwnicy. Sąsiedzi psuli bardzo dużo rzeczy, w tym kran na korytarzu. Pewnego razu, gdy pradziadek Michał zszedł po wodę, cyganie bardzo mocno go pobili. Stan dziadka był krytyczny, cudem przeżył. Po tym incydencie mieszkańcy całej ulicy napisali petycję do naczelnika gminy i cyganie zostali wydaleni.

Zaraz po przeprowadzeniu się na Batorego babci uciekł kot przywieziony z Nowej Wilejki. Gdy tylko cyganie opuścili budynek, kot wrócił do domu. Z biegiem czasu do budynku zaczęli sprowadzać się sąsiedzi. Założono wodę w mieszkaniach, instalację elektryczną i postawiono piece kaflowe. Dotychczas palono w trociniakach.

W międzyczasie pradziadkom urodził się kolejny syn Antoni. Pradziadek pracował w tartaku, a prababcia zajmowała się domem. Dzieci bawiły się zabawkami z drewna, które dziadek sam strugał. Szkoła przy ulicy Batorego była szkołą dla pracujących, którzy nie skończyli swojej nauki. Uczęszczał do niej wujek. Babcia i wujek źle wspominają czasy wojny, nikomu nie życzą tego, co oni przeszli. To były niedobre czasy.
Po zakończeniu wojny, poprzez organizację Międzynarodowego Czerwonego Krzyża babcia szukała reszty rodziny, która wcześniej wyjechała z Nowej Wilejki lub tam została. Nie udało się znaleźć nikogo, prawdopodobnie zginęli tragicznie podczas wojny.

Opr. eco


[PANEL PRAWY]
 
w numerach archiwalnych

na stronie www
 
 
Wiadomości Żmigrodzkie
rss wykonanie
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.