archiwum - 16 - maj

 
 

Przed wojną na ziemi żmigrodzkiej... Fragmenty wspomnień, cz.1

Kilkukrotnie wspominałem na łamach WŻ, iż obecnie poszukuję i gromadzę materiały do nowopowstającej książki o obszarze wiejskim gminy Żmigród. Dlatego też, jeśli ktoś posiada materiały, informacje, zdjęcia dotyczące wsi naszej gminy, to zachęcam do współpracy i bardzo proszę o kontakt. A udaje mi się docierać także do przedwojennych mieszkańców okolic Żmigrodu. I tak oto pan Manfred Seidel, pochodzący z Góreczki (dawniej Berghof, część Barkowa), przekazał mi opis i wspomnienia życia w tamtych stronach opracowane przez Waltera Seidela. Dzięki temu powstaje kilkuodcinkowy cykl, w którym podzielę się wybranymi fragmentami tego bogatego źródła informacji o czasach przed 1945 r. Przy tłumaczeniu został zachowany typowy język tychże wspomnień. Życzę przyjemnej lektury!

Gospodarstwo

Gospodarstwo położone jest ok. 1,5 km za samym Barkowem (ale do niego należy). Do zachodniej granicy powiatu [wtedy był to powiat milicki] są jeszcze 2 km. Naszym najbliższym miastem jest Żmigród, położony 10 km na wschód, a do powiatowego Milicza mamy ponad 35 km.

Gospodarstwo założył w 1830 r. Karl Anton Seidel [pradziadek autora wspomnień] wraz z żoną Amalią Josefą z domu Tilgner. W zasadzie cała ich ziemia była całkowicie płaska, tylko miejsce samego dworu położone było ok. 1 m wyżej niż okolica. Dlatego też dopiero w czasie powodzi zauważalne było to lekkie podwyższenie. Stąd też nazwa [w zasadzie także i polska - Góreczki] jest łatwa do wyjaśnienia.

Żniwa szparagowe

Pod koniec kwietnia, zależnie od pogody, rozpoczynały się żniwa szparagowe. Tata był mistrzem w uprawie szparagów. Poza tym w pobliżu nie było żadnej uprawy szparagów. Głównie przy zamówieniu, pielęgnacji i zbiorach wymagało to dużo pracy. Trzy razy dziennie w trakcie zbiorów wycinano szparagi. Jeśli na powietrzu szparag zrobił się trochę niebieski, został kwalifikowany do niższego gatunku, który przynosił mniej pieniędzy. Później w kuchni szparagi myto, sortowano, ważono i wiązano w pęczki o wadze funta [ok. pół kilograma]. Był pierwszy gatunek - całkowicie białe i mocne, drugi gatunek - niebieskawe i o nieco cieńszych łodygach, potem były jeszcze szparagi na zupę i szparagi złamane. Po tym wszystkim przenoszono szparagi do piwnicy i przykrywano wilgotnymi chustami. Każdego wieczoru szła koleją ekspresowa przesyłka do Wrocławia. W dni świąteczne i w niedziele, w czasie szparagowych żniw, wszystkie prace z tym związane wykonywała nasza rodzina. Wniebowstąpienie i Zielone Świątki zawsze przypadały na ten okres. Jeśli w tym czasie byłem w domu, żniwa szparagowe sprawiały mi zawsze ogromną radość. Szparagi były ważnym źródłem dochodów w naszym przedsiębiorstwie rolnym. Każdego dnia wysyłano ich około 1-2 cetnarów (1 cetnar to 50 kg). Do tego też zaliczyć należy delikatne i zdrowe jedzenie szparagowe prawie każdego dnia u nas w domu. Około 20 czerwca kończyły się żniwa szparagowe. Następnie flance szparagów odpoczywały do żniw w następnym roku, ale były jeszcze dobrze nawożone. Ze swoimi czerwonymi owocami ich łodygi wyglądały bardzo dobrze. Na zewnątrz toczyły się dalej prace związane z uprawą i pielęgnacją płodów rolnych. Szczególnie ważne były hakanie i przerywanie buraków cukrowych, wszystko robiono w akordzie. Kobiety wykonywały tą pracę chętnie, było za to więcej pieniędzy.

Ogród

Do gospodarstwa należały też jeszcze dwa ogrody. Tak zwany park, wielkości 4 mórg, leżał przy dworku, który nazywano "zamek" (Schloss). W parku tym był staw, wodopój owiec. Oprócz tego był jeszcze dobrze ogrodzony ogród warzywny o wielkości 2 mórg, z dużą ilością drzew owocowych i krzaków jagodowych. Ogrodem opiekowała się mama, dbała o niego i otaczała ogromną miłością. Ogród był naszym letnim pokojem. Otoczony był pomalowanym na zielono płotem sztachetowym i miał wysokość 1,30 m. Przylegający ogród ze stawem miał nowe ogrodzenie z siatki drucianej. Wzdłuż niego był gęsty żywopłot z bzu, z różnymi gatunkami bzu. Co za oszałamiający zapach rozchodził się ponad ogrodem! Te wspaniałe krzaki były przycinane. W wiosenne noce wszędzie w ogrodzie było słychać śpiew słowików.

W ogrodzie stały wysokie drzewa, dęby, kasztanowce i lipy. Rosły też dwa stare drzewa owocowe. Ogród otaczały pielęgnowane ścieżki żwirowe: jedna prowadziła równolegle do drogi przez środek ogrodu do stawu. Stała tam otoczona grupą świerków brzozowa altana z dachem z trzciny. W ogrodzie naprzeciwko wagi, bezpośrednio przy płocie, była nasza piękna kupa piachu. W jej środku na pniu był kamień młyński, służący jako stół. Tam, my dzieci, mogliśmy się beztrosko bawić. Było to miejsce słoneczne, ale też był i cień. Później bawiły się tam nasze dzieci.

Przed budynkiem stały 3 duże czerwone kasztanowce. Często jedliśmy pod nimi śniadania. Na drogach urządzaliśmy wyścigi rowerowe. Na terenach trawiastych stały: jeden duży cynamonowiec i jedna grusza bergamotka. Kiedy myślę o tych owocach, cieknie mi ślinka.

Drzewa te były tak stare i wysokie, że nikt na nie się nie wspinał. Dojrzałe owoce spadały, były poobijane i dlatego smakowały lepiej.

Od wschodniej strony domu stał stabilny drążek gimnastyczny i huśtawka, pod nimi później była piaskownica. Koło piekarni i starego kurnika znajdowała się woliera do hodowli bażantów. Przy piekarni stały dwa dobrze owocujące drzewa brzoskwiniowe. Wysoki świerk stał między drążkiem do ćwiczeń i piekarnią. W jego gałęziach siedziało mnóstwo wróbli.

Najwyższym miejscem, przewyższającym dom, było miejsce do spania naszego pawia, tak latem jak i zimą. Czasami spał on na dachu domu. Mieliśmy kilka pawi. One nigdy nie weszły do jakiejś stajni, siadywały potajemnie w nieznanych miejscach. W końcu pojawiały się ze swoimi młodymi. Lepszych strażników jak te pawie nie można sobie wyobrazić. Jeśli w nocy zauważyły coś podejrzanego, wydobywały z siebie głośne dźwięki, które dały się słyszeć jako "Pfau, Pfau". W czasie tokowania, przeważnie w ogrodzie, paw rozkładał swój wspaniały ogon. Paw tokował też przed samicami i cieszył nas wszystkich swoim dumnym zachowaniem i piękną ozdobą z piór.

Szczupaki

O wiośnie należałoby jeszcze powiedzieć to, że my myśliwi strzelaliśmy do szczupaków w rowach. W czasie tarła, tak mniej więcej w marcu lub na początku kwietnia, skradaliśmy się wzdłuż rowu granicznego. Trzeba było mieć naprawdę dobre oko, aby zobaczyć szczupaka nieruchomego i mającego ochronny kolor na grzbiecie. Przeważnie był to samiec szczupaka, który znajdował się nad prawie niewidoczną samicą. Strzał starą dziewięćdziesiątką ósemką [karabin Mauser model 98] bardzo rzadko trafiał. Załamywał jednak światło wody i zmieniał scenę. Nagle było widać jasną stronę brzucha jednego, dwóch a czasami trzech szczupaków. Szczupaki te, dobrze przyrządzone, wzbogacały nasz jadłospis. Tato zastrzelił kiedyś olbrzymiego samca o wadze 15 funtów. Po upieczeniu był on bardzo twardy.

Paweł Becela

Jolanta Becela

[PANEL PRAWY]
 
w numerach archiwalnych

na stronie www
 
 
Wiadomości Żmigrodzkie
rss wykonanie
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.