archiwum - 16 - październik

 
 

Przed wojną na ziemi żmigrodzkiej... Fragmenty wspomnień, cz. 6

Dziś kolejna porcja wspomnień od pana Manfreda Seidel, pochodzącego z Góreczki (dawniej Berghof, część Barkowa), który przekazał mi opis i wspomnienia życia przed 1945 r. w tamtych stronach opracowane przez Waltera Seidela. Część piąta (podobnie jak wcześniej część trzecia) nie ukazała się ze względu na brak miejsca w wydaniu WŻ. Życzę przyjemnej lektury!

Wykopki
Wykopki zaczęły się we wrześniu. Wczesne ziemniaki zostały już wykopane na przełomie czerwca i lipca. Najpierw zaczynano wykopywać ziemniaki na lekkich ziemiach za lasem. Nać kartoflana była już zwiędła, a resztki były odcinane kosiarką.

Ziemniaki wykopywano za pomocą kopaczki. Przy tej czynności maszyna jeździła zawsze dookoła pola. Do zbierania ziemniaków na rząd wybierano zawsze po dwie kobiety na kawałek co 60- 80 metrów. Około 12 - 14 kobiet było zajętych zbieraniem ziemniaków. Na polu stały wozy skrzynkowe lub na gumowych kołach. Na nie kobiety wsypywały pełne kosze ziemniaków ważące 25 funtów(ok. 11,35 kg). Za każdy opróżniony kosz dostawały 1 żeton, dopiero później obliczano zapłatę. Jeżeli po jednej stronie już zebrano ziemniaki, kopaczka przejeżdżała na drugą stronę. W tym rytmie pracowano od rana do wieczora. Pełne wozy odjeżdżały do przygotowanych miejsc i tam były rozładowywane. Jedno miejsce miało ok. 30 cm głębokości i 1,50 m szerokości. Boki wozów skrzynkowych były następnie za pomocą drąga podnoszone do góry i ziemniaki spadały do dołów. Puste wozy jechały zaraz z powrotem na pole.

Kopce ziemniaczane były przygotowywane przez 2 lub 3 mężczyzn i mały niewiele ponad 1 metr wysokości. Najpierw dobrze przykrywano je wiązkami słomy a później przysypywano je ziemią. Kopce miały 100 i więcej metrów długości. Zakładano je wzdłuż dróg, aby łatwo można było do nich dotrzeć. Czasem 2 albo 3 kopce leżały obok siebie, oddzielone od siebie gatunkami ziemniaków. Na polach kobiety zbierały wszystkie ziemniaki, duże i ziemniaki do sadzenia. Pozostawiano tylko te małe. Te zbieraliśmy w czasie ferii jesiennych.

Jeszcze przed rozpoczęciem wykopków tato ustalał przypuszczalny plon zbiorów. Wyrywał kilka krzewów, liczył zawiązki, oceniał wielkość i w ten sposób, ku zaskoczeniu wszystkich, z niewielką różnicą mógł podać plon zbiorów z jednej morgi ziemi (ok. 0,5 ha).

Tato często kontaktował się z Seminarium księży z Wrocławia. W czasie ferii jesiennych do Berghofu przyjeżdżał zawsze jeden student teologii do opieki nad dziećmi z dworu i domu. Studentom zawsze bardzo podobało się u nas, nie mieli przecież żadnego ciężkiego zadania, które nie trwały też całego dnia. Mieli też pełny kontakt z rodziną i dostawali do tego dobre kieszonkowe. My dzieci za nasze prace też dostawaliśmy zapłatę. Nie było to dużo, ale my byliśmy zadowoleni.

Pola po wykopkach były potem bronowane. Za nimi szliśmy my, zaopatrzeni w kosze i przebieranie ziemniaczków mogło się zacząć. Student musiał zwracać uwagę na to, aby żaden ziemniaczek nie pozostał , a my nie dokazujemy. Mieliśmy małe zaostrzone kije.

Nimi nakłuwaliśmy ziemniaczki i wykorzystywaliśmy je jako strzały na innych. Kto został na tym złapany, temu kazaniem karnym odebrano kij i złamano go.

W przerwach zbieraliśmy suchą nać kartoflaną i rozpalaliśmy ognisko. Dym miał dla nas wspaniały niezmienny zapach. Chętnie przebiegaliśmy przez najbardziej gęsty dym i pachnieliśmy jak śledzie wędzone. W żarzący się popiół tego ogniska wsypywaliśmy potem wybrane ziemniaki, które były w nim pół ugotowane i pół upieczone. Na zewnątrz były czarne i chrupiące, a wewnątrz mączne i białe. Jedliśmy wszystko i łupiny i wnętrze. Smakowało znakomicie. Trochę brudu nam nie przeszkadzało.

Iskrzące się jeszcze ognisko wyglądało wieczorem pięknie. Studenci, którzy u nas byli, chętnie wspominali później. Jeden z nich, pan Linke, pozostał nam, Sylwii, Bernardowi i mnie w szczególnej pamięci.

Kiedy zagrażał mróz, kopce ziemniaczane były przykrywane grubą warstwą ziemi. na to kładziono jeszcze warstwę naci kartoflanej. W ten sposób przykryte ziemniaki dobrze przezimowały i pozostawały świeże do wiosny, kiedy zostawały maszynowo przesortowane.

Zimą przy kopcach zatrzymywały się dzikie zwierzęta. Lis szukał myszy, sarny stawały w cieniu kopca i szukały ziemniaków, których moc po mrozie zamieniała się w cukier.

Z końcem września wykopki były zakończone, 100 mórg (ok. 50 ha) pola zostało przekopane. ziemniaki do użytku w domu i na karmę dla świń zgromadzono na podwórzu.

Kościół i wiara
Od wczesnej młodości my dzieci, za przykładem rodziców, byliśmy wychowywani w wierze. Jako małe dzieci, przy stole, przed pójściem spać składaliśmy ręce do zwykłej modlitwy. W sypialni rodziców na drzwiach był pojemnik z wodą święconą. Nasza kochana mama nigdy nie zapomniała o tym, abyśmy przed podróżami albo po powrocie do Berghofu wodą święconą zrobili znak krzyża na czole i mówili: "Boże chroń".

Między drzwiami balkonowymi a oknem na małej szafie mama zbudowała mały ołtarzyk.

Stał tam krzyż z dwiema świecami po obu stronach. Tam rodzina często klęczała do wspólnej modlitwy. Po okropnych zawiadomieniach w czasie wojny o śmierci synów jednoczyliśmy się często w tym miejscu we wspólnej modlitwie. Nad łóżkiem małżeńskim rodziców wisiał duży obraz z aniołem stróżem, który prowadzi dziecko po niebezpiecznej drodze. W pomieszczeniu wisiał też obraz z Madonną Sykstyńską.

W Berghofie było to oczywiste, że cała rodzina aż do tych najmłodszych każdej niedzieli i w dni świąteczne jeździła do naszego kościoła parafialnego w Barkowie na mszę. Suma zaczynała się o godz. 9.00 i trwała do 10.30. Nam dzieciom nudziło się. Ponieważ siedzieliśmy w prezbiterium przy ścianie, między ołtarzem a ławką do komunii i byliśmy widziani z każdej strony, dobre zachowanie było konieczne. Także nasz ksiądz czasami spoglądał w naszą stronę, co my zawsze pojmowaliśmy jako małe upomnienie.

Na naszych ławkach kościelnych leżały dwie stare biblie z wieloma ręcznie pisanymi uwagami o szczególnych wydarzeniach we dworze i rodzinie, o powodzi, pożarach, chorobach i przypadkach śmierci. Niestety one tam pozostały!

Także tato był człowiekiem religijnym. W tej dziedzinie, bez napomnień, działał on jako wzór dla nas. Dziękuję moim kochanym rodzicom za wiarę, którą nam przekazali we wspaniały sposób.

Po mszy szliśmy na groby dziadków i pradziadków, którzy tam spoczywali.

Spowiedzi i lekcje do komunii traktowane były poważnie. Pierwsza Komunia była bardzo uroczysta. Była jednak świętowana w małym gronie z rodziną i chrzestnymi. Z siostrą Elfi i z Hildą Welz i z jeszcze kilkoma dziećmi z Barkowa szliśmy razem do Pierwszej Komunii.

Moje bierzmowanie otrzymałem jako uczeń we wspaniałej katedrze we Wrocławiu z ręki wielce czcigodnego kardynała księcia-biskupa Bertrama, seniora niemieckiej konferencji biskupów.

W tygodniu mama jeździła rowerem na mszę poranną. Po śmierci synów działo się to prawie regularnie. Mówiła ona zawsze, że cały ten ciężar może tylko znieść dzięki mocnej wierze.

Także kiedy mama odwiedzała nas we Wrocławiu, szliśmy zawsze na krótkie przemyślenia do jednego ze wspaniałych kościołów. Oczywiste były u nas ciągłe modlitwy przy stole. Dzięki towarzyskim kontaktom z naszym księdzem Hahnem my, dzieci czuliśmy się szczególnie obserwowani, co hamująco działało na naszą zarozumiałość.

Jolanta Becela, Paweł Becela

[PANEL PRAWY]
 
w numerach archiwalnych

na stronie www
 
 
Wiadomości Żmigrodzkie
rss wykonanie
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.