archiwum - 06 - luty

 
 

Mratpress, czyli to i owo z Ratajówki Projekt ,,Ocalić od zapomnienia"

 
 
Trwa zbieranie materiałów w ramach projektu realizowanego przez uczniów Gimnazjum im. Macieja Rataja. Młodzież przeprowadza wywiady i spisie wspomnienia swoich bliskich, sąsiadów, którzy pamiętają wojnę i pierwsze powojenne lata na naszych ziemiach. Dziś prezentujemy sylwetkę pana Tadeusza Żyto, żmigrodzianina znanego większości mieszkańców naszego miasta. Wywiad przeprowadziła wnuczka pana Tadeusza, Paulina Żyto, obecnie uczennica I klasy gimnazjum.


Tadeusz Żyto urodził się 18 października 1934r. Ma obecnie 72 lata.
Jego rodzinna miejscowość to Sowy w powiecie Rawicz. Obecnie mieszka w Żmigrodzie, na ulicy Kwiatowej 13 z żoną Stanisławą, najmłodszą córką i wnukami. Całe swoje życie zawodowe pracował jako hydraulik. Ma pięcioro dzieci: Danutę, Krzysztofa, Ryszarda, Wiesława, Mirosława oraz jedenaścioro wnuków. Obecnie jest na emeryturze.

  • Ile Pan miaÅ‚ lat gdy wybuchÅ‚a II wojna Å›wiatowa?

    Gdy wybuchła II wojna światowa, miałem pięć lat.

  • Gdzie Pan mieszkaÅ‚ w czasie wojny?

    Mieszkałem w małej miejscowości o nazwie Sowy. Była to miejscowość, w której się urodziłem, wychowałem i wzrastałem.

  • Co może Pan powiedzieć o swojej rodzinnej miejscowoÅ›ci?

    Mogę powiedzieć tylko tyle, że od domu nie było blisko lekarza, najbliższy był ok. 4 km od mojej miejscowości. Ludzie byli bardzo biedni, był tylko jeden sklep w okolicy, gdzie można było kupić jedynie: sól, cukier, karmelki, drożdże i przyprawy. Nie było prądu, prasy, samochodów, na całą miejscowość były tylko trzy rowery. Gdy ktoś nie miał warunków do pieczenia pieczywa, musiał iść około czterech kilometrów do Pakosławia. W czasie wojny dla Polaków były wyznaczone sklepy.

  • Czym zajmowali siÄ™ PaÅ„scy rodzice?

    Moi rodzice, zresztą tak jak wszyscy inni, zajmowali się gospodarstwem i uprawą roli. Pamiętam, jak mój ojciec odchodził na wojnę w roku 1939 do Przemyśla. Późnej był przerzucony do Prus Wschodnich. Służył w ciężkiej artylerii, w obydwu wojnach. Po kapitulacji wojska polskiego wrócił do domu w roku 1940. Później zajmował się gospodarstwem i pomagał w uprawie roli.
    Niektórzy z sąsiadów i ze znajomych chodzili do lasu rąbać drzewo. Pracowali tam po to, żeby mieć więcej pieniędzy na wyżywienie swoich rodzin.

  • Jak wspomina Pan okupacjÄ™ niemieckÄ…?

    Wspominam strasznie. Jak skończyłem ósmy rok życia,obowiązkowo musiałem uczęszczać do szkoły niemieckiej do Białegokału, gdzie znajdywała się szkoła. Szliśmy prawie trzy kilometry. W szkole panował ostry rygor. Nie można było mówić po polsku. Gdy ktoś coś przeskrobał, był surowo karany poprzez bicie brzozowym kijem. Nauka była w ograniczonych godzinach, a pozostały czas dzieci spędzały na przymusowym zbieraniu różnych liści i kwiatów. Były one potrzebne do produkcji leków dla wojsk hitlerowskich. W szkole przed nauką trzeba było się modlić po niemiecku do Hitlera.
    Była straszna bieda. W domu w jednej parze butów chodziły cztery osoby. Podczas okupacji nie wolno było zabić świni i dowolnie jeździć do młyna po mąkę. Wszystko było pod ścisłym ograniczeniem. Ludzie, aby przetrwać, domowym sposobem mielili na żarnach zboże, z którego powstawała mąka. Robili to wszystko w ukryciu przed Niemcami. Jakby Niemcy nakryli Polaka, który wytwarzał mąkę, wtedy wzięliby go do obozu karnego.

  • Jak wyglÄ…daÅ‚o życie codzienne?

    Zimą trzeba było ręcznie młócić zboże kosą, ponieważ nie było maszyn. Latem nie było czasu na to, bo pasło się krowy, gęsi, owce. Dzieci musiały pomagać rodzicom w gospodarstwie, a o późnej porze w nocy przy świeczce uczyć się do szkoły. Byliśmy traktowani jak niewolnicy. Młodzież po ukończeniu piętnastego roku życia musiała pracować dla Niemców. Młodzi sami musieli się wstawić do niemieckiego urzędu pracy, a później ich rozsyłano do różnych gospodarstw niemieckich i do zakładów produkcyjnych. Jeżeli ktoś się nie wstawił, był brany do obozu pracy. Pamiętam, że w odległości sześciu kilometrów od mojej miejscowości w Kubeczkach, znajdował się obóz żydowski. Jeńcy byli wykorzystywani do robót ziemnych na rzece Orli i do budowy mostów. Kolejno, każda rodzina musiała dostarczyć w godzinach południowych zupę dla Żydów tam gdzie pracowali. Za jakiekolwiek najmniejsze wykroczenie, byli rozstrzeliwani, a innym kazali na to patrzeć, żeby się bali.

  • Kiedy doszÅ‚o do deportacji?

    Moja rodzina nie była deportowana, ale pamiętam, że w roku 1942 zaczęło się deportowanie rodzin. Rodziny były przenoszone z jednej wioski do innej. Gdy Polacy mieszkali w lepszych domach, wyrzucano ich stamtąd, a domostwa zajmowały niemieckie rodziny.

  • Jak wyglÄ…daÅ‚a podróż na Ziemie Odzyskane?

    Na Sowach poznałem swoją żonę- Śtanislawę. Wzięliśmy ślub 7 stycznia 1955r. Po wojnie mieszkaliśmy w Radziądzu trzy lata. Później przeprowadziliśmy się do Żmigrodu do mieszkania na ulicy Zamkowej, które przyznała nam gmina. Po dziewięciu latach przeprowadziliśmy się na ulicę Wrocławską, gdzie mieszkaliśmy dwanaście lat. Następnie wybudowałem się na ulicy Kwiatowej, gdzie mieszkam do tej pory.

  • Jak wspomina Pan pierwsze tygodnie na nowym terenie?

    Była bieda. Wszystkiego trzeba było się dorabiać od początku. Dostałem pracę jako hydraulik. Było wtedy łatwiej o pracę niż o mieszkanie. Gdy już miałem swój dom, trzeba, było samemu go remontować na własny koszt. Tuż po wojnie mieszkania były wolne, ale już w późniejszym czasie wszystkie były pozajmowane.

  • Kogo z mieszkaÅ„ców Å»migrodu z lat 50 zapamiÄ™taÅ‚ Pan najlepiej?

    Najbardziej z lat pięćdziesiątych pamiętam mojego kolegę Franciszka Woźniaka, z którym kolegowałem się od najmłodszych lat.

  • [PANEL PRAWY]
     
    w numerach archiwalnych

    na stronie www
     
     
    Wiadomości Żmigrodzkie
    rss wykonanie
    Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.