Tym, którzy przyjdą po nas (cz.III)
Już niedługo zasiądziemy przy świątecznych stołach. Spotkamy się z rodziną, będziemy rozmawiać, śpiewać kolędy. Ogarnie nas świąteczny nastrój. Jak często myślą przewodnią naszych spotkań, rozmów będą tematy związane z polityką, kryzysem gospodarczym czy kolejnym rozwodem słynnego aktora? A gdzie miejsce na prawdziwe opowieści, te pisane przez życie a nie sztucznie reżyserowane. Postarajmy się, aby przy tegorocznym stole znalazło się miejsce na opowieści snute przez naszych bliskich, babcie, dziadków. Zapytajmy jak wyglądały ich święta, jak sobie radzili w ciężkich wojennych czasach. Niech zachętą i przykładem będą opowieści Pana Jureckiego publikowane w „Wiadomościach Żmigrodzkich”
W dzisiejszym numerze urywek z partyzanckiej tułaczki naszego bohatera Zbigniewa Jureckiego...
Mniej więcej orientowałem się w którym kierunku poszła grupa polskich partyzantów więc spiesznym marszem podążyłem za nimi. Była już głęboka lecz dość widna noc. Sam wśród zgliszcz nie czułem się tęgo. Noc chłodna boję się, że zamarznę. Mam na sobie tylko lnianą koszulę i spodnie. Jestem bosy. Uszedłem kilometr może więcej. Postanawiam, że jednak odpocznę. I w tym momencie ktoś krzyknął „Stój”. Po chwili ten sam głos zapytał „Kto tam”? Słysząc wymawiane w polskim języku słowa ochłonąłem trochę ze strachu. Swój - odrzekłem, chcę wstąpić do oddziału partyzanckiego. Szedłem dalej prowadzony przez swojego „konwojenta” wśród drzew, potykając się od czasu do czasu o śpiących partyzantów. Wreszcie zatrzymujemy się przy dogasającym ognisku. Mój „opiekun” obudził jednego ze śpiących i wskazując na mnie powiedział, „Panie plutonowy mamy jeszcze jednego, trochę za młody, ale ma broń, może będzie dobry”, i podał mu mój użynek. „Idź chłopcze spać, jutro dostaniesz swoją pukawkę. Łożka i pierzyny to my nie mamy, musisz nam to wybaczyć”. Obudziłem się szczękając z zimna zębami. Było już widno. Rozpalono ogniska, przy których kręcili się już partyzanci. Starszy mężczyzna (Adam Oczeretko) zawołał mnie do siebie i oświadczył, że jestem przydzielony do trzeciego plutonu, którego jest dowódcą. Dowiedziałem się, że Polski oddział partyzancki, do którego wstąpiłem nosi imię Tadeusza Kościuszki. Tak zaczął się pierwszy dzień mojego pobytu w partyzantce. Z ciekawością obserwowałem ludzi, wśród których się znalazłem i z którymi miałem dzielić swój dalszy niełatwy los.
Jesienny chłód przeważnie nocami zaczął nam dokuczać. Na postojach robiliśmy szałasy, paliliśmy ogniska, wokół których chłopcy kładli się spać jeden obok drugiego, aby było cieplej. Dzień po dniu pokonywaliśmy kolejne etapy marszu. Do Berezowa, Starego Sioła, Drozdynia, Przebrodów, do Budymla. Łączyła się z tym cała masa trudności organizacyjnych, które nasze dowództwo musiało pokonywać. Wyżywienie ludności, troska o tabor składający się ze skrzypiących i rozsypujących się wozów ciągniętych przez konie i woły po wertepach Polesia i Wołynia z zapasem amunicji, żywności, chorymi i rannymi. Z Budymla wyruszyliśmy 10 grudnia. Mieliśmy do pokonania przeprawę przez rzekę Horyń oraz tor kolejowy, silnie strzeżony przez niemiecki garnizon w białej, na tej samej trasie, którą przechodziliśmy wcześniej idąc po broń na partyzanckie lotnisko. Tym razem pomogli nam w tym sowieccy partyzanci ze zgrupowania Fiodorowa. O zmroku zablokowali oni niemców na stacji Biała. Rozpoczęła się ostra wymiana ognia. My ruszyliśmy w kierunku przeprawy najpierw przez tor kolejowy na południe stacji Biała, a po godzinie przez rzekę, po prowizorycznie zbudowanym mieście z zakotwiczonych, pokrytych deskami łódek. Od rzeki wiało wilgotnym chłodem, tafla zmarszczonej wody lśniła w blasku księżyca jak rtęć wypuszczona wartką strugą z rozbitego naczynia. W pewnym momencie grupa Niemców próbowała zbliżyć się do naszej przeprawy. Zdaniem zwiadu było ubezpieczenie przeprawy. Zaatakowaliśmy ostro i zmusiliśmy ich do pospiesznego wycofania się. Niemcy domyślili się, że przeprawiają się partyzanci, bo wzmogli ogień z broni maszynowej. Smugi świetlanych pocisków przelatywały nad głowami nie czyniąc nam żadnej szkody. Oddziały posuwały się dalej. Po dwóch godzinach marszu skryły się w dużym masywie leśnym. O świcie zatrzymały się na postój. Tylko my zwiadowcy byliśmy w ciągłym ruchu, by upewnić się czy przed nami jest bezpiecznie. Przed południem zagłębiliśmy się w lasy na zachód od Lutyńska i po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w drogę przez opustoszałe wioski.
Śnieg z deszczem chłostał na wpół bosych i nędznie odzianych partyzantów. Wozy grzęzły w błocie, przemęczone konie i woły nie reagowały na krzyki ani na świst bata. Dopiero po krótkim odpoczynku ruszały dalej. Powolne, ale bardziej wytrwałe od koni ciągnęły się nasze tabory. Trudno sobie wyobrazić, do jakiego stopnia człowiek może być wykończony, utrudzony, kiedy jedynym pragnieniem jest odpoczynek. Ktoś niezorientowany odniósłby wrażenie, że chłód i niedostatek bez udziału wroga wykończy tych ludzi, a jednak ludzie Ci na przekór wszystkiemu żyli i walczyli.
W miejscowości Iwańczyc odpoczywaliśmy do 27 grudnia. Tu spędziliśmy święta Bożego Narodzenia. Smutne i bardzo biedne były te święta. Każdy myślami był przy swojej rodzinie. Wielu z nas wiedziało, gdzie przebywa jego rodzina, ale wielu tak jak ja nie wiedziało. Byli tacy, którzy rodziny nie mieli, została zamordowana przez bulbowców albo hitlerowców.
Dowiedzieliśmy się, że w chutorach Sernickich przebywa grupa banderowców. Dowódca zaniepokojony bliskością bandy wysłał grupę wzmocnioną zwiadem w celu zlikwidowania niebezpieczeństwa. Jest drugi dzień Świąt. Wyruszyliśmy, gdy się ściemniło, by dotrzeć na miejsce o świcie. Idziemy przez las. Wydawał się nie mieć końca i las i nasz marsz. Gubiliśmy w ciemności drogę. Odnajdujemy ją i tak na przemian. Cisza. Ciemna noc, gdzieś blisko szumią krzaki, pęka gałązka pod nogą. Długa grudniowa noc zdaje się nie mieć końca. Zaczyna padać mokry śnieg. Wilgocią nasiąka odzież, z drzew kapią rzadkie, duże krople mokrego śniegu.
Jesteśmy u celu, ale do świtu jeszcze sporo czasu. W milczeniu grupkami siedzimy pod drzewami. Jest już na tyle widno, że widać kontury zabudowań. Zamierzamy okrążyć zabudowania chutoru i rozpocząć akcję, gdy naprzeciwległym końcu rozległa się seria z pepeszy. Okazuje się, że to sowieccy partyzanci przybyli z takim samym zamiarem jak my. Mało brakowało a byśmy się nawzajem wystrzelali. Zaskoczeni Banderowcy uciekli w popłochu w gęste zarośla przylegające do zabudowań. Tylko nieliczni uciekając ostrzeliwali się z mizernym skutkiem. W akcji zdobyliśmy kilka sztuk broni i pokaźną ilość amunicji. Po tej akcji banda poszła w rozsypkę i więcej nie wróciła.
Po kolejnych wędrówkach docieramy na teren prawie całkowicie opanowany przez oddziały partyzanckie. W rejonie tym pod ich opiekę schroniło się dużo ludności polskiej, która uciekła z terenów, gdzie gracowały bandy nacjonalistów ukraińskich. Ochrona, zakwaterowanie dużej ilości ludzi, którzy często uciekli tylko w bieliźnie, była nie lada problemem, bo ludzie ci często nie mieli co do ust włożyć. Tylko dzięki partyzantom i miejscowej ludności białoruskiej, która też cierpiała niedostatek, przetrwali do ich wyzwolenia. W sprawie uciekinierów odbyła się narada dowódców oddziałów partyzanckich w miejscowości Dolsk, również w niej uczestniczyłem.
Tam też dowiedziałem się od jednego z przybyłych partyzantów, że z grupą uciekinierów w miejscowości Nihowiszcze przebywa moja rodzina. Wiadomość ta bardzo mnie ucieszyła. Po powrocie oddziału poprosiłem majora by pozwolił mi odwiedzić najbliższych. Zgodził się bez wahania. Kazał mi wziąć konia z taboru zaprzęgniętego do lekkich sanek, żebym nie zmarzł w siodle. Drogę zasypał śnieg tak, że miejscami koń zapadał się po brzuch w sypkim śnieżnym puchu. Mimo, że chciałem jak najszybciej być u celu, by zobaczyć się z rodziną, które nie widziałem przeszło siedem miesięcy, to przyspieszenie jazdy było niemożliwe.
Była głęboka noc, gdy dotarłem do wioski, w której mieli przebywać moi bliscy. Po długim chodzeniu od chaty do chaty i wypytywaniu o uciekinierów, dowiedziałem się, że moja rodzina przebywał w tej wsi, lecz przeniosła się do wsi Swałowicze. Nakarmiłem zmęczonego konia i mimo nocy postanowiłem jechać dalej. Nie znałem drogi, więc obudziłem mieszkającego na końcu wsi chłopa, który niezbyt chętnie musiał towarzyszyć mi jako przewodnik. Po kilku godzinach kluczenia po lesie, gdzie nawet śladu drogi nie było widać, solidnie zmęczeni dobrnęliśmy do wsi Swałowicze. Przewodnika zwolniłem, a mnie zatrzymała czujka sowieckiego oddziału partyzanckiego, który stacjonował w tej wiosce. Zaprowadzono mnie do dowódcy oddziału, który kwaterował ze swoim sztabem w obszernej drewnianej szopie, w której na środku palił się ogień. Po krótkiej rozmowie w której wyjaśniłem cel swego przyjazdu, jeden z partyzantów zaprowadził mnie do dość dużego budynku na środku wioski, w czasie pokoju budynek ten pełnił rolę szkoły. Obecnie jak twierdził ów partyzant przebywa tu kilka rodzin uciekinierów. Po dłuższym stukaniu do drzwi dały się słyszeć jakieś szmery. Po chwili kobiecy głos zapytał: „Kto tam?”. Poznałem głos matki. „Mamo otwórz to ja”. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i mimo ciemności chwyciła mnie za głowę przyciskając do piersi. Czułem jak gorące matczyne łzy radości spadały na moją twarz. Przypomniało mi się usłyszane kiedyś mądre powiedzenie.
„Po rozum do ludzi, a po serce do matki się idzie”. Wkrótce zapalono łuczywo przy jego nikłym świetle ujrzałem śpiących na podłodze ludzi, starszych i dzieci ciasno leżących obok siebie. Do rana rozmawialiśmy o sytuacji, w jakiej znajdowali się ci ludzie, tułający się po cudzych kątach, a często pod gołym niebem, na mrozie, śniegu, deszczu, nie rzadko o głodzie. Ludzie ci nędznie odziani żywili się tym, co zdołali wyżebrać od miejscowej ludności białoruskiej, która też była biedna i niewiele mogła ofiarować. Pragnieniem wszystkich było, by jak najszybciej skończyła się wojna i tułaczka.
Już następnego dnia pożegnałem rodzinę, którą ponownie zobaczyłem dopiero po wojnie.
Kolejna część opowiadań Pana Zbigniewa Jureckiego już w następnym numerze Wiadomości Żmigrodzkich.
Tomek Nowik s.a.