Czy może istnieć miasto bez rynku?
Co by się stało, gdyby nie było rynku? Takie pytanie przyszło mi do głowy dopiero teraz, po kilku dobrych tygodniach remontu owego „dobra”. A dlaczego? Otóż wyjaśniam.
Po pierwsze - niezła afera taki remont. Bo chociaż nogi nam już zanikły od jeżdżenia autem, to i tak pchamy się do centrum, czytaj rynku. Bo tam trochę miejsca do zaparkowania, bo tam urząd, Lewiatan, bank i figurka święta. No więc jak rozkopano rynek, to najpierw nerwy a dopiero potem refleksja.
No właśnie - refleksja. Jaka? I tu wyróżnimy dwa typy snujących refleksję: pierwszy - wyrozumiały, bo remont przecież wskazany, damy radę go przeczekać. Drugi - nerwowy, bo jak przejechać wózkiem ze świeżo narodzoną pociechą, jak dojechać autem pod okna burmistrza, jak przejść suchą miejską stopą, bez ubrudzenia pantofelków? I jak tu w ogóle bez rynku! Tu wrzask.
Po trzecie - więź z mą małą ojczyzną. Otóż z przerażeniem stwierdziłam, że zanika. I to w tempie zastraszającym. Brakuje mi niebieskich ptaków na ławeczkach. Brakuje mi oczekujących na bus do Trzebnicy. Brakuje mi pomykających tu i ówdzie urzędników. Brakuje mi po prostu normalności dnia codziennego.
Po czwarte - konwersacje i obserwacje. Bo tu się spotyka żmigrodzian, tu można na chwile przystanąć, tu zerknąć, kto jaką furą podjeżdża pod bankomat.
Po piąte - wydarzenie dziesięciolecia, a może nawet więcej! Dowód? Proszę bardzo. Oto jak odpowiadają uczniowie na pytanie zadane na kartkówce z historii: Co jest jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Żmigrodu? Odpowiadają: remont rynku!
Tak więc odpowiedź jest jedna - miasto bez rynku nie istnieje.
eco