archiwum - 06 - kwiecień

 
 

Reportaż konkursowy

Anna Rybka, autorka nagrodzonego reportażu (III miejsce)
 
Ona na to czekała

Godzina 6.30 rano. Ten cholerny budzik nigdy nie zaśpi! Nie dość, że przez prawie cały tydzień trzeba bardzo wcześnie wstawać na autobus, to jeszcze w weekend! Ale nikt nie zmuszał do podjęcia takiej decyzji...
Natarczywy dźwięk budzika prowokuje mnie do wstania. Wstaję. Wyłączam go. Jednak jestem już za bardzo rozbudzona, aby jeszcze się zdrzemnąć. Ubieram się pospiesznie, bo muszę wyprowadzić rower, lecz najpierw zjem śniadanie. Po porannej toalecie idę do kuchni. Dorii (tak na nią mówią) to moja siostra. Już kończy pić herbatę. Wychodząc mówi, że idzie wyprowadzić rower, co uczyni i z moim. Jedząc śniadanie, zastanawiam się, po co tam jadę? Czy to ma sens? l^logę przecież zrezygnować. Teoretycznie tak, lecz jeśli coś obiecam, staram się dotrzymać słowa. Ciężko się przyznać przed sama sobą, ale się boję. Boję się, że nie będę wiedziała, jak się zachować, co powiedzieć, żeby nie zrobić nikomu przykrości. Tak naprawdę to chyba czuję strach I przed zderzeniem z tym, co każdego czeka - starością^ i schyłkiem życia...
Rowery już wyprowadzone. Biorę do ręki komórkę i puszczam Jagodzie sygnałka, żeby wiedziała, że wyjeżdżamy z podwórka. Podjeżdżamy pod jej dom. Niestety musimy czekać, bo jeszcze nie jest gotowa. Po pięciu minutach wyjeżdżamy w kierunku Sań. Śmiejemy się, rozmawiamy. Nie przeszkadza nam wiatr, niezbyt dobra pogoda, bo tam ponoć czekają na nas - na wolontariuszy.
Przedostatni przystanek - dom Kamili. Zostawiamy u niej rowery i idziemy z nią na autobus. Okazuje się, że nie tylko ja się boję. Prawie każdy z początkujących w wolontariacie czegoś się obawia.
Przyjechał autobus. Wsiadamy do niego. Ci, co przygotowują skecz, ćwiczą śpiewanie piosenek. Zastanawiam się, czemu im tak zależy, żeby dobrze wypaść. Po co te starania ? Mam zamiar zapytać się jakiegoś doświadczanego wolontariusza, ale szybko rezygnuję. Odpowiedź
przecież powinnam znaleźć dotarłszy do celu - do Domu Opieki sióstr Boromeuszek w Trzebnicy. Słyszałam, jak pewien wolontariusz wypowiadał się źle o ludziach tam mieszkających, a mimo to jechał do nich. Zastanawiałam się ,w jakim celu? On sam chyba tego nie wiedział. Nie miałam jednak prawa go oceniać. Sama nie wiem, po co tam jadę. Gdy w szkole Ola o to się spytała, tylko się uśmiechnęłam. Nawet jeślibym wiedziała, to czy ona by zrozumiała? Niektóre rzeczy trzeba przeżyć, żeby zrozumieć. Tak samo, jak nie rozumie się zła, póki się go nie doświadczy. Autobus się zatrzymał. Dotarliśmy. Już nie jestem pewna, czy chcę uzyskać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jednak nie rezygnuję.
Staram się nigdy nie rezygnować z niczego, bo wtedy się wiele traci. Nie wiem czy ten upór mnie daleko zaprowadzi, ale wiem, że trzeba pójść w przeciwną stronę.
Stoimy przed pierwszymi drzwiami do Domu Opieki w Trzebnicy. Chociaż nie przypominają one typowych drzwi. Są ogromne, potężne, raczej jak wrota. Wchodzimy przez nie i kierując się prosto, dochodzimy do następnych. Idziemy przez korytarz. Mijamy jeszcze kilkoro drzwi. Zastanawiam się, po co ich tyle? Przecież mieszkają tutaj niedołężni ludzie. Kto z nich miałby ochotę uciekać, jak uczniowie ze szkoły na waksy (wagary) ? Dochodzimy do ostatnich drzwi. Wszyscy twierdzą, że czuć zapach starości. Paulina mówi, że się boi. Przyznaję się; że ja też.
Dziwię się, bo to do mnie nie podobne. Za1 chwilę otworzą, się drzwi. Wejdę i co mam robić? Chcę stąd uciec, ale coś mi każe zostać. Ciekawość jest silniejsza od strachu. Może to coś zobaczę za drzwiami, a jeśli nie to i tak warto. Warto poznawać świat, ludzi i żyć pełnią życia: nie tracąc z tego ani chwili. Życie to ludzie.
Otwierają się drzwi, a przede mną nieznane. Ściągam kurtkę i kładę na ławce, jak wszyscy. Widzę długi, szeroki korytarz, ogromne okna, ale to nie jest najważniejsze. Zauważam staruszkę na wózku inwalidzkim. Inne siedzą przy stoliku. Co mam robić? O czym z nimi 'czmawiać? O rodzinie, jak tu trafili? Wydaje mi się, że wielu z nich sprawiłoby to przykrość, a czecież nie po to tu przyszłam. Będą chcieli, sami powiedzą. Dobrze, że wolontariusze przygotowali skecz. Mamy wszystkich zgromadzić w świetlicy. Dorii, tak jak ja, jest tu pierwszy raz. Tylko, że ona nie ma takich oporów. Podchodzi do pani na wózku. Przedstawia się, mówi, że jest przedstawienie i że zaprowadzi ją na nie. Zauważyłam, że większość początkujących nie wie, jak zacząć rozmowę.
Dużo osób zgromadziliśmy w świetlicy. Nagle wbiega jakaś podekscytowana starsza pani. Mówi, że uciekli. Początkowo nie wiem, o co chodzi. Wszyscy nagle się ożywili, a mnie już nie dziwi ilość drzwi prowadząca tutaj. Zaskoczona zauważam, że tutaj też tętni życie.
Zaczynamy śpiewać piosenki, a oni śpiewają z nami. Na ich twarzach widzę radość. Tak radość, to jest właściwe określenie.
Po skeczu idziemy do innych. Gdy po pierwszej rozmowie wychodzimy z pokoju 12 widzÄ™ na twarzach poczÄ…tkujÄ…cych wolontariuszy Å‚zy. Mnie Å›ciska za gardÅ‚o, ale nie mogÄ™ siÄ™ popÅ‚akać. DÅ‚ugo wytrzymujÄ™, aż pierwsza Å‚za spÅ‚ywa po policzku. WidzÄ™ zapÅ‚akane oczy pani Zosi. Przecież siÄ™ tylko przywitaÅ‚yÅ›my, a ona zaczęła pÅ‚akać. Pyta, kiedy jeszcze przyjedziemy. Dzisiejszy mój przyjazd miaÅ‚ być pierwszym i ostatnim, a Ona pyta siÄ™: „kiedy?" Czeka na odpowiedź. MówiÄ™, że postaramy siÄ™ przyjechać w nastÄ™pnym miesiÄ…cu. Jej oczy nie pozwalaÅ‚y mi inaczej powiedzieć. Ona na to czekaÅ‚a. CzekaÅ‚a...
Idziemy dalej. Każdego chcemy odwiedzić. Nie do wiary staruszka, która ledwo przed chwilą chodziła, teraz biegnie, jak oszalała do Dorii. Chce z nią jeszcze rozmawiać, mimo że już kilka razy rozmawiały. Pani Franciszka, bo tak się nazywa, wyplatała kiedyś koszyki w Żmigrodzie.
Teraz próbuje przekonać Dorii, żeby nie została policjantką tylko nauczycielką. Każdy ze starszych ludzi mieszkających tutaj potrzebuje rozmowy.
Nie zorientowaliśmy się, a już dochodzi dwunasta. Chcemy jeszcze zostać, ale autobus czeka. Wychodzimy podekscytowani z postanowieniem, że następnym razem przyjedziemy z cukierkami.
Słodycze tutaj są na miarę złota. Jedna pani powiedziała nawet, że chowa czekoladę, bo inaczej by jej zjedli.
Gdy jedziemy autobusem patrzę przez okno. Jestem jakby w traumie, szoku czy jak to nazwać. Uświadamiam sobie, że nie należy płakać, bo Ci ludzie dużo przeżyli. Nie każdemu jest dane tyle żyć, ale mam taką małą nadzieję, że przeżyli je szczęśliwie.
Bałam się mówić o swoich uczuciach, bo life is brutal, ale należy także pamiętać, że life is beautiful. Dziękuję tym ludziom za lekcję, jakami dali. Dziękuję każdemu, kogo spotkam w swoim życiu.

Anna Rybka

[PANEL PRAWY]
 
w numerach archiwalnych

na stronie www
 
 
Wiadomości Żmigrodzkie
rss wykonanie
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług, personalizacji reklam i analizy ruchu. Informacje o sposbie korzystania z witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Korzystając z tej strony, wyrażasz na to zgodę.