Przed wojną na ziemi żmigrodzkiej... Fragmenty wspomnień, cz.2
Dziś kolejna porcja wspomnień od pana Manfreda Seidel, pochodzącego z Góreczki (dawniej Berghof, część Barkowa), który przekazał mi opis i wspomnienia życia przed 1945 r. w tamtych stronach opracowane przez Waltera Seidela. Przy tłumaczeniu został zachowany typowy język tychże wspomnień. Życzę przyjemnej lektury!
Gołębie
Między wielką pryzmą gnoju a głęboką studnią, która była przykryta ciężką betonową płytą, stały dwa gołębniki, zwane przez nas jako "gołębie tarasy". To były prawdziwe dzieła sztuki rzemiosła ciesielskiego. Na ponad 3 m wysokim, grubym pojedynczym dębowym palu, zbudowany był ośmioboczny domek, z drzwiami po stronie północnej i wieloma otworami wylotowymi po stronie południowej. Wewnątrz znajdowały się wzdłuż ścian kilkupiętrowe miejsca do wylęgu dla gołębi. Młode gołębie były ważnym wzbogaceniem kuchennego jadłospisu. Smażone, przeważnie jednak gotowane z sosem koperkowym, były prawdziwym delikatesem. Dla chorych było to dobrą dietą. My chłopcy musieliśmy te młode gołębie wyjmować, co też z chęcią robiliśmy. Dziewczęta stały na dole z dreszczykiem i odbierały te zwierzątka. Często też zepsute jajka leżały w gnieździe, które przy rozbiciu okropnie śmierdziały. Kuzynka Ursula Mueller otrzymała raz ode mnie takie jajko, oczywiście celowo. Przez wiele dni jej zapach był delikatnie mówiąc przejmujący. Myślałem, że będzie porządne lanie. A może Ursula mnie nie zdradzi? Później gołębnik postawiono na ziemię. Piękne "gołębie tarasy" zostały ze względu na starość zburzone. Chętnie polowaliśmy też na gołębie tzw. teschingiem, po polsku "cieszynką" (inaczej "ptaszniczką"), czyli bronią małego kalibru ze słabymi, krótkimi nabojami. Niestety poległa też przy tym niejedna gołębica. W czasie wojny gołębie przepadły całkowicie. Szczury utrudniały im życie.
Wróble
Mocno zasadzaliśmy się na wróble w gospodarstwie. Najpierw za pomocą wiatrówki do jedenastego roku, potem za pomocą znakomicie strzelającym flowerem. Tato zwracał nam uwagę na ostrożność. Po pierwszych strzałach na wróble, wiedziały one już dokładnie co się dzieje. Wystarczyło, że dostrzegły nas już z daleka, zaraz odlatywały. Trzeba było się dobrze podkraść albo nasiedzieć, tymczasem odległości robiły się coraz mniejsze. Czasami zamiast wróbla trafialiśmy w rynnę albo w okno obory, w ten sposób w niewłaściwych miejscach powstawały dziury albo pękały szyby. Tato nie lubił tego. Dlatego nikt nie chciał tam wtedy przebywać. Te wszędzie rozpoznawalne, poprzez zwisające źdźbła słomy, gniazda wróbli, zdejmowaliśmy z upodobaniem. Zimą łapaliśmy wróble pułapką umieszczoną na polach zbożowych. Dużo piękniejsze było polowanie na wróble w śniegu. Z ziarna usypywaliśmy ścieżkę do karmienia. Śrutem ptasim, szczególnie drobnym rodzajem śrutu, z krótkiej odległości ustrzeliliśmy czasami do 20 sztuk ptaków. Ale one przecież wyrządzały tyle znaczących szkód... Latem widziało się czasem chmary ponad 100 sztuk wróbli wpadające na pola pszenicy.
Zielone ÅšwiÄ…tki
Przez cały maj prowadziliśmy prace pielęgnacyjne na polach buraków cukrowych, na polach zbożowych i obrabialiśmy łany kartoflane. Nadeszły Zielone Świątki, dla nas najpiękniejszy okres w roku. Lipy kwitły, brzęczały w nich pszczoły i trzmiele. Zrywaliśmy kwiaty lipy, która potem dobrze wysuszona była przez cały rok na herbatę. Kiedy mieliśmy odwiedziny, wtedy była albo czarna albo rosyjska herbata - jak to była nazywana. My dzieci piliśmy ją niechętnie. Na dużym balkonie przed sypialnią suszyły się na plecionych płotach duże ilości ziół i kwiatów, które mama znała dokładnie. Potem już były Zielone Świątki i ferie. Krótkie, ale fajne. Dom był często odwiedzany. Na Zielone Świątki musiał być dostarczony do kuchni pierwszy kozioł (samiec sarny). Nie powinien być za stary, ale powinien mieć dobre poroże. Były też pieczone koguciki i szparagi - uwodzicielski zapach wychodził natenczas z kuchni.
Ponieważ nie byliśmy rozpieszczani słodyczami, zdawaliśmy się na ciasto, które też było pieczone. Często też jeździliśmy na doglądanie pól. Woźnica Pirntke zaprzęgał nasze piękne konie do wozu myśliwskiego. Mama, tato i możliwie najwięcej dzieci zajmowali miejsca w tym wozie. Móc siedzieć obok woźnicy, to było szczególne wyróżnienie. Tato i ja mieliśmy lornetki, także jedną broń, naturalnie nie załadowaną, na co tato zwracał szczególną uwagę.
Jeśli przy takiej przejażdżce przekroczono granicę polowań, wtedy broń była w wozie chowana, albo pozostała schowana w krzaku na naszym terenie. Jak wspaniałe były takie jazdy. Konie parskały, przyspieszały lekkim kłusem. Prawie bezszelestnie jechaliśmy po polnych drogach, które tato utrzymywał w dobrym porządku. Przejeżdżaliśmy przez wielkie pola zbożowe wzdłuż pól buraków cukrowych, które pokrywały już prawie bruzdy, przejeżdżaliśmy też obok kwitnących pól ziemniaczanych. Doglądaliśmy nie tylko nasze pola. Dokładniej jeszcze te z sąsiedztwa. Potem wyciągano wnioski. Nam wydawało się tak, jakby tato miał lepsze plony, ale on był samokrytyczny. Muszę przyznać, że ja nie tylko oglądałem pola, lecz z większą uwagą spoglądałem w stronę dzikich zwierząt. Pirntke był spostrzegawczy, jeśli chodzi o dzikie zwierzęta. Wóz nasz zatrzymywał się kiedy pojawiały się zwierzęta. Sarny były zagadywane: kozioł czy koza? Dumne bażanty stały na brzegach krzaków i pól. Niektóre bażancice prowadziły już swoje bażanciątka na spacer. Można było też zobaczyć parę kuropatw ze swoimi młodymi, ale to należało do rzadkości. Widzieliśmy skaczące zające i przebiegające króliki. Wzdłuż rowów przechadzały się kaczki ze swoim dźwiękiem "Pak, pak". Takie przejażdżki były dla nas wszystkich szczególnym przeżyciem. Mama brała wówczas ze sobą pozostałe po Bożym Narodzeniu pierniki, które na takiej przejażdżce smakowały wyśmienicie.
Paweł Becela
Jolanta Becela