Felieton(ik)
Kawa,kawka, kaweczka...
Lubię jesień. Spadające liście, mgły, ciepły domek, koc i książka. I oczywiście...kawa. I właśnie kawę uczynię bohaterką tego tekstu.
Nie pamiÄ™tam, kiedy wypiÅ‚am pierwszÄ… kawÄ™, ale w mojej pamiÄ™ci wyryÅ‚o siÄ™ kupowanie kawy w wieku późno dzieciÄ™cym. Jako żywo widzÄ™ sklep pod blokami przy ulicy Zamkowej, tÅ‚um ludzi, kolejkÄ™, bo rzucili kawÄ™. Ja, dziewczÄ™ 12- letnie zmiażdżone przez dorosÅ‚e i bardziej doÅ›wiadczone w tych „polowaniach” matrony, wychodzÄ™ z dwoma paczkami kawy. Opakowanie też pamiÄ™tam, srebrno-brÄ…zowe z ziarenkami kawy.
W moim domu kawę prawdziwą pili nie wszyscy. A jeśli już, to parzoną tradycyjnie, czytaj po turecku. Potem nastąpiła epoka kawy w pracy. Kawy pitej za szybko i często zimnej, bez zbędnego celebrowania i rozpamiętywania. Ot, kopniak energetyczny. Później szok kulturowy-pojawienie się kawy rozpuszczalnej! Zakochałam się w niej z miejsca i bezwarunkowo. I tak przeszły kolejne lata.
Potem przyszedł następny przełom-ekspres przelewowy, ale to wydawało mi się nowoczesne i czaderskie. I tak następne parę lat. Kolejny krok-ekspres z młynkiem. Jakże piękne wydawał dźwięki, jakże smakowitą zaparzał kawę. Wtedy też nastąpił szybki kurs znajomości kaw, cen i sklepów z asortymentem tak szerokim, że tylko pasjonat rozumiał, o co chodzi.
W międzyczasie zmienia się także stosunek do kawy naukowców i lekarzy. Kiedyś odsądzana od czci i wiary, dziś, jak wiadomo, zrehabilitowana. Wypicie dziennie 3 filiżanek wydłuża teoretycznie nasze życie o pół godziny. No więc piję tę swoją ulubioną używkę w rożnych okolicznościach przyrody, coraz bardziej doceniając jej walory i koloryt, który nadaje mojemu życiu.
Często przypominam sobie to, co gdzieś przeczytałam, że najlepiej smakuje kawa pita około godziny jedenastej, podana w białej porcelanowej filiżance. w dobrym towarzystwie, w słonecznym miejscu. I tego się trzymam.
PS. Myślę też o zdradzeniu ekspresu na rzecz ręcznego młynka i zaparzaczki. Czyżby następny etap kawowej świadomości?
eco