Tym, którzy przyjdą po nas
Jesteśmy tuż po świętach Wielkiej Nocy a wszyscy nadal wspominamy je jako bardzo uroczyste, radosne, spędzone w gronie najbliższej rodziny dni. Przygotowujemy się do nich z wielkim entuzjazmem sprzątając nasze mieszkania, uczestnicząc w nabożeństwach oraz przygotowując smakowite dania, potrawy i placki na wielkanocny stół. Czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że święta nie zawsze tak wyglądały? Że mogą być one „głodne”? Prześledźmy dalsze losy partyzanta i żołnierza oraz relację z Świąt Wielkiej Nocy pana Zbigniewa Jureckiego.
Na Dolnym Śląsku wiosna była w pełni. Zieleniły się łąki i pola. Oddziały po wykopaniu stanowisk rozłożyły się na kwaterach w opustoszałych wioskach. Wrocław nazywany wówczas przez Niemców „Festunk Breslau", płonął jak olbrzymia pochodnia. Pod olbrzymią kopułą dymu i krzu, który przesłaniał słońce, gdzie niegdzie przebijały się płomienie palących się domów. Wiatr niósł stamtąd zapach spalenizny i terkot strzałów karabinowych. Nocą smugi reflektorów przeciw-lotniczych zapalały się i gasły omiatając niebo. Samoloty bombardowały pozycje niemieckie. Kwitły bezgłośnie paciorki pocisków przeciw-lotniczych. Widok urzekający i straszny zarazem. W ciszy, z daleka mruczał front. Tu trzyma się jeszcze niemiecki garnizon, rozpaczliwie broniący miasta.
Przy fortyfikacji, krzątaninie zastały nas Święta Wielkanocne. Święta raczej były głodne. Skąpy żołnierski kocioł, regularna najczęściej postna zupka, kraszona bezradnymi dowcipami oficera żywnościowego i żołnierską nadzieją powojennej sytości. Dwa dni świąt upłynęły spokojnie, przerwano pracę i dwa dni świętowaliśmy. Organizowano msze polowe pod gołym niebem. Wojskowi kapłani udzielali rozgrzeszenia w obliczu śmierci, przy grzmocie dział walczących stron.
„Panie poruczniku, teraz możemy umierać i pewnie wszyscy pójdziemy do nieba", żartował kapral Konieczny. „Nie trzeba kapralu mówić o śmierci. Musimy doczekać wolności, za którą już i tak dużo ludzi oddało życie", przerwałem kapralowi. „Ja myślę, że Niemcy też będą w niebie", ciągnął dalej swoje wywody kapral. „Przecież im pewnie też ich duchowny dawał rozgrzeszenie i błogosławił takim samym krzyżem jak nasz kapelan. Ich tez wzywał i dodawał ducha do walki z wrogiem, to znaczy z nami, w imię tego samego Boga". Wygląda na to, że chrześcijaństwo ewangelii, a chrześcijaństwo księży nie jest jednym i tym samym. „Coś tu nie gra", zastanawiał się. „Moim zdaniem tam gdzie się ludzie zabijają religia powinna się starać temu zapobiegać, a nie dawać niejako moralne poparcie". „Może Niemcy są bardziej religijni od nas, bo nawet na pasach mają wyryty napis Bóg z nami". „Ale jakoś ta kolejna krucjata w imię Boga nie bardzo im wychodzi". „Może masz rację", przerwałem kapralowi. „Ale nawet stary ateusz Wolter przekonywał, że jeżeli Boga nie ma, to dla dobra nas wszystkich trzeba go wymyślić. Ludzie od wieków zabijali się w cieniu krzyża”.
4 kwietnia Druga Armia W.P. otrzymała rozkaz przegrupowania się nad Nysę Łużycką i zluzowania broniącej się tam sowieckiej trzynastej armii, oraz przygotowania się do natarcia w kierunku Rothenburg, Budziszyn, Drezno. Musieliśmy odbyć jeszcze jeden pięciodniowy marsz nocny. Żołnierze, którym dały się we znaki długie nocne marsze, nie byli zadowoleni.„My pewnie jesteśmy takim zapasowym wojskiem, które ganiają na zapleczu frontu. Pewnie próbują nasz charakter w nogach".
Wreszcie upragniony przez wszystkich koniec uciążliwego marszu. Front i cel naszego długiego, bo trwającego ogółem czterdzieści dni marszu. Odpoczywamy w lesie. -Las jest nieprzenikniony, zdradliwy. Noc długa. Krople rosy spadają z liści straszą niespodziewanym szelestem. Gdzieś w oddali potrzaskują pojedyncze strzały i serie. Jest chłodno, niespokojnie, obco. Przed nami w okopach nad Nysą sowieccy żołnierze, a z drugiej strony rzeki znienawidzony wróg.
16 kwietnia 1944 roku. Dzień, który na stałe utrwalił się w mojej pamięci. Dziś ruszamy do szturmu na wroga, by odpłacić mu za krzywdy wyrządzone Ojczyźnie i narodowi. Wróg jest jeszcze silny, będzie stawiał opór. Walka nie będzie łatwa. Na ostatnim przedpolu Rzeszy kłębią się setki, tysiące zbrojnych. Dawna sława wielko niemieckiego Wermachtu, niedobitki zdobywców dziesięciu stolic. Zdziczałe wilki cudem ocalałe spod Moskwy i Stalingradu. Strzelcy górscy z Norwegii i resztki korpusu Afrykańskiego. Brodaci i przerażeni weterani Pierwszej Wojny światowej i sfanatyzowane dzieci z Hitler Jungen. Holenderscy esesmani i biali kozacy, kalmuccy kawalerzysci i litewscy policjanci. Węgrzy i Tatarzy, Flamandowie i Azerbejdżanie. Żałosne odpadki własnych narodów, które wspomagały faszyzm, pomagały Hitlerowi mordować własne narody, a propaganda hitlerowska rozpowszechniała wśród Niemców ostatnie bojowe hasło wojny: „cieszcie się, że wojna jeszcze trwa, bo pokój będzie straszniejszy”.
Ta przeklęta wojna. Iluż jeszcze zostanie na tej krwawej drodze do zwycięstwa. Koledzy stawiali im niezdarnie sklecone krzyże i tabliczki z napisami, kto i kiedy. Czasami nie było nawet kawałka deski, żeby napisać, kto leży, jak umarł. I tak będzie, co dzień, będą przybywać krzyże, nieduże kopczyki ziemi. To jest nasza danina. Danina naszego pokolenia za zwycięstwo nad faszyzmem, za zdobycie tych ziem. Takich krzyży na swojej drodze postawiliśmy wiele, będą znaczyły naszą drogę. Odchodzili od nas w walce. Chcieli żyć, jak wszyscy i dożyć końca wojny. Odchodzili cicho, bez słowa protestu, z łagodnym uśmiechem zastygłym w kącikach ust, jaki daje poczucie dobrze spełnionego obowiązku.
Jest dzień 26 kwietnia 1945 r. tyraliera strzelców idzie przez młody, dosyć gęsty, sosnowy las, utrzymując między sobą wzrokową łączność. Na prawym skrzydle plutonu wąską leśną drogą równolegle z tyralierą posuwa się działo, czterdziestka piątka, przydzielone do mego plutonu, ciągnie je para koni. Jestem na lewym skrzydle plutonu. Widać już między drzewami pole przylegające do lasu i zabudowania wiejskie. Cisza nawet ptaki nie śpiewają. Las i ta cisza przypominają mi partyzantkę. Nieraz koledzy i przełożeni wypominali mi na wpół żartem partyzanckie nawyki, które w warunkach frontowych nie bardzo zgadzały się z regulaminem. Lecz w efekcie nigdy nie wychodziło na złe, a raczej odwrotnie. Jest takie przekonanie, że partyzant wygrywa wówczas, kiedy nie przegra. Normalna armia, kiedy nie zwycięża wówczas przegrywa.
Wtem uderzył w nas huraganowy ogień z broni maszynowej tym groźniejszy, że ograniczona widoczność uniemożliwiała nam prowadzenie skutecznego ognia do stanowisk ogniowych wroga. Co jest z naszą czterdziestką piątką? Dlaczego nie strzela? Za długo milczy. Zastanawiam się. Niepokoi mnie to milczenie. Biegnę wzdłuż linii plutonu na prawe skrzydło. Kule jak osy bzykają koło uszu. W oczy bryzga kora i żywica z drzew ciętych gęsto kulami. Z rozpędu wskakuję za osłonę działka, teraz wiem, dlaczego działko milczy. Artylerzyści zdążyli tylko odprzodkować i obrócić działko lufą do przodu. Koni i przodka z amunicją nie ma. Jeden z obsługi leży obok, nie daje znaku życia. Dwóch widocznie rannych czołga się do tyłu. Siedzę za osłoną działka. Mam wrażenie jak gdyby działko się paliło, albo ktoś rzucał łopatą rozżarzone węgle na osłonę działka. Nie dalej jak sto metrów stoi budynek przylegający do lasu. Na strychu budynku stanowisko wrogiego cekaemu. Zdradzają go błyski ognia z lufy. Znalazłem się w pułapce. Najmniejszy ruch poza osłonę działka oznacza pewną śmierć najlepszym wypadku kalectwo, lecz bezczynność w tej sytuacji jest nie do zniesienia. Tuż przy działku, leżą tylko dwa pociski. Artylerzystą nie jestem, ale co bedzie to będzie. Ładuję pocisk do lufy i na chybił trafił odpalam. Pudło. Drugim trafiam w budynek, ze ściany sypie się tynk i kurz. Ogień wrogiego kaemu wzmógł się jeszcze bardziej. Po chwili słyszę świst pocisku z moździerza, rozrywa się trzydzieści kroków za mną. Drugi wybucha o wiele bliżej. Odnoszę wrażenie, że otarł się o moją skórę. Wiele razy zaglądałem śmierci w oczy, ale nie utraciła ona nic ze swej grozy. Jestem prawie pewny, że trzeci pocisk trafi w cel. Podrywam się by zmienić to tak niebezpieczne stanowisko i w tym momencie doznaję uczucia jakby ktoś uderzył mnie czymś twardym, bardzo mocno w prawy łokieć. Strzaskana kulami pepesza wypadła mi z ręki. Zrobiłem trzy kroki w bok i upadłem na ziemię w jakieś niewielkie zagłębienie, które nie daje żadnej osłony przed kulami. Odwracam się plecami do ziemi i widzę, jak wskazujący palec prawej ręki zwisa bezwładnie na kawałku skóry, a kciuk strzaskany w stawie podstawowym. Wszystko to ocieka krwią. Lewą ręką robię byle jak opatrunek, który szybko nasiąka krwią. Dodatkowo jeszcze owijam całą dłoń szalikiem, który nosiłem w raportówce z tą myślą, że w takim wypadku może się przydać. Huraganowy ogień z obu stron nie milknie ani na chwilę. Podnoszę się z ziemi, by oddalić się z tego bardzo niebezpiecznego miejsca i znów padam jak długi. W prawej nodze powyżej kolana czuję palący ból. Na spodnie występuje czerwona plama krwi. W płaszczu i spodniach widać dziury od kul. Próbuję się czołgać, udaje się, więc nie jest tak źle. Jakiś czas czołgam się. Wstaję na nogi, wiec mogę chodzić stwierdzam z zadowoleniem. W bucie czuję ciepłą, lepką krew. Ale to wszystko nic, mogło być gorzej, bo śmierć przeszła obok, a była tak blisko, bardzo blisko i tym razem darowała mi życie.
Za dwanaście dni skończyła się wojna. Czekaliśmy ponad pięć lat na tę chwilę, często wątpiąc czy dożyjemy. Nie można opisać radości zwycięstwa, to trzeba przeżyć. Jutro już wojny nie będzie i strzelać już nie musimy ani jutro, ani za rok. Myliłem się. Było podziemie, lała się krew i hulała śmierć. Ale było to już w czasie pokoju. Takie to były czasy, my po straszliwej wojnie żyliśmy radością chwili. Cieszyliśmy się, mimo, że wojna zabrała nam wszystko, nie mieliśmy dosłownie niczego, zabrała nam młodość, radość życia, jednak darowała nam życie a to było najdroższe.
Nie mamy prawa zamykać oczu, przechodząc obok mogił tych, którzy oddali życie za Ojczyznę, bo znieważymy pamięć o nich. A ten, który nie pozna głębi prawdy, nie zrozumie nigdy. My prawdę znamy nie tylko z dokumentów czy publikacji, ale z własnego doświadczenia. Polskę mamy jedną, ani lewą ani prawą. Historię wspólną, czy ktoś tego chce czy nie. I najwyższy czas żebyśmy nauczyli się żyć razem.
Czy warto było? Oni pewnie do końca twierdzić będą, że tak. Że to był patriotyczny obowiązek. Tak zostali wychowani, tak ich ukształtowała historia. A wnukowie? Jedni pewnie parskną śmiechem, że nie ma głupich, inni zakrzykną „Polska dla Polaków" i sprezentują kije bejsbolowe. Co by było, gdyby ci, którzy oddali życie w walce z najeźdźcami i zaborcami, mogli nasz wolny kraj ujrzeć dziś, rozejrzeć się, posłuchać. Czy nie doszliby do wniosku, że groźnych wrogów mają Polacy w sobie samych.
Pomników im nie trzeba, ale wdzięczna społeczna pamięć, o poległych, ale także o żywych. Lecz któż by się dzisiaj tym przejmował, skoro z przyczyn naturalnych gwałtownie ubywa świadków tragedii drugiej wojny światowej, a historia biegnie.
Takie są moje wspomnienia z tego okresu i tak je zdołałem przywrócić pamięci, a człowiek tak długo żyje, jak długo żyje pamięć o nim. Natomiast prawdy nie da się zamknąć na zawsze.
Redakcja Wiadomości Żmigrodzkich składa serdeczne podziękowania Panu Zbigniewowi Jureckiemu za pomnik historii, którym zechciał się podzielić z czytelnikami na łamach naszego miesięcznika. Cykl opowiadań autora pochodzących z publikacji „Na ścieżkach życia. Wspomnienia” wraz z piękną dedykacją „Tym którzy przyjdą po nas” cieszył się ogromną popularnością wśród wielu osób. Na ręce Pana Zbigniewa składamy życzenia jeszcze wielu lat zdrowia, pogody ducha i pociechy z wnuków i prawnuków.
Tomek Nowik