Przed wojną na ziemi żmigrodzkiej... Fragmenty wspomnień, cz. 4
Dziś kolejna porcja wspomnień od pana Manfreda Seidel, pochodzącego z Góreczki (dawniej Berghof, część Barkowa), który przekazał mi opis i wspomnienia życia przed 1945 r. w tamtych stronach opracowane przez Waltera Seidela. Część trzecia nie ukazała się e względu na brak miejsca w poprzednim wydaniu WŻ. A że rok idzie do przodu, opisane wtedy wydarzenia lipcowe stałyby się już nieaktualne. Życzę przyjemnej lektury!
Czas żniw i omłotów
A potem zaczynały się żniwa! Najpierw zbierano jęczmień ozimy i rzepak. Jęczmień ozimy był koszony maszyną skrzydłową, tj. maszyną w której przy obrotach podnosiły się i opadały cztery skrzydła z ostrym nożem. Potem kładziono jęczmień na specjalny stół, a wreszcie na ziemię. Jeżeli jęczmień był za bardzo położony przy ziemi, był wtedy koszony kosiarką ze specjalną blachą koszącą. Jęczmień był młócony zaraz na polu. Na przygotowane miejsce czterema końmi zaciągnięta została młockarnia. Do niej dołączono przewoźny silnik parowy, również zaciągnięty czterema końmi. Hermann Kühn wcześniej ustalał, gdzie powinna stać ta maszyna parowa. Woda, węgiel, waga, beczka na wodę, pas napędowy, wóz na zboże, narzędzia, szufla do węgla, sznurki do wiązania worków - niczego nie mogło brakować. Prowadzący maszynę, pan Kühn, ręczną wciągarką wprowadzał korekty przy kotle i skrzyni młócącej. Wszystkie koła, przy kotle i przy skrzyni młócącej zostały obustronnie zaklinowane, ponieważ przy młóceniu bardzo trzęsło. Ta praca przygotowawcza trwała kilka godzin. Kocioł należało podgrzać, aby osiągnąć potrzebną parę. Do tych prac pan Kühn miał jeszcze pomocników.
Po przerwie obiadowej albo dopiero następnego dnia przystępowano do młócenia. Dwie fury ze zbożem były już przygotowane. Kühn uruchomiał lokomobil, a głośny gwizd dawał znak, że młócenie zaczęło się. Po tym dźwignia rozruchowa maszyny została zwolniona. Powoli w ruch wprawiały się koło napędowe, pas napędowy i skrzynia młócąca. Wprawne ucho rozpoznało dokładnie, kiedy maszyna osiągnęła właściwą liczbę obrotów i młócenie mogło się zaczynać. Na młockarni stało 2 - 3 ludzi, którzy odbierali podawane zboże i możliwie równomiernie wkładali do maszyny. Dwóch mężczyzn podawało zboże do góry z podstawionych koło maszyny wozów. Dwóch mężczyzn stało przy maszynie, podwieszali puste worki, zdejmowali pełne worki ze zbożem, zawiązywali je i ładowali na wóz ciężarowy. Jedna kobieta była przy oddzielaniu plew, szczególnie kurzącej się, brudnej i nie lubianej pracy. Zmieniano się każdego dnia, każdy był więc przynajmniej raz przy każdej pracy.
Z tylnej części młockarni wychodziła wymłócona słoma. Załadowywano ją na wóz i zawożono na pobliski stóg słomy. Tam była składowana. Później do młockarni dołączano prasę do słomy, co było ogromnym ułatwieniem pracy,
Na polu do skoszenia stało więcej zaprzęgów, które bez przerwy były załadowywane samym jęczmieniem. Była to nieprzyjemna praca, resztki zawsze spadały na kark. Dwóch mężczyzn podawało w górę, woźnica i jedna kobieta ładowały na wóz. Wóz musiał ciągle jechać coraz dalej do miejsca, gdzie było składowane zboże. Konie musiały równomiernie podjeżdżać, nie wolno było im szarpać. W przeciwnym razie woźnica robił awanturę. Te prace były najczęściej przeprowadzane w przerażającym upale. Słońce było wysoko na niebie, nie było żadnego cienia. W czasie krótkich przerw wszyscy leżeli w cieniu wielkich kop zboża. Z dworu przynoszono dzbanek z zimną wodą z octem albo z sodą oczyszczoną, z odrobiną cukru albo soku. Wszyscy pili z pokrywki dzbanka albo z jednej filiżanki. Smakowało wyśmienicie. Przerwa obiadowa trwała dwie godziny; we dworze wszystko to liczono. Robotnicy jechali wtedy do dworu. Panie, które miały swoje rodziny, gotowały obiad. Większe dzieci rozpalały wcześniej ogień w kuchni i przystawiały potrawy.
Kwadrans przed godziną 13 był dzwonek. A dokładnie o godzinie 13 z powrotem wszyscy wracali na pole. Jeżeli wóz z wymłóconym zbożem w workach był załadowany do pełna, jechał do dworu i przed magazynem był rozładowywany. Jęczmień był albo dobrym jęczmieniem browarnianym z odpowiednio wysoką ceną albo jęczmieniem na paszę.
Miejsce młócki na polu rozpoznawano już z daleka po chmurze kurzu, która wszystko pokrywała. W powietrzu słychać było brzęczenie, które trochę głucho brzmiało, kiedy czasami wkładano do maszyny za dużo zboża.
Wczesne ziemniaki
W międzyczasie dojrzały już wczesne ziemniaki - pierwsze odmiany holenderskie i inne gatunki. Wykopywano je każdego dnia i dostarczano je do sprzedaży. Każdy dzień opóźnienia skutkował niższą ceną. Tato bywał teraz codziennie na polu kartoflanym, aby sprawdzić stopień dojrzewania. Dopiero potem był czas na wykopki i wielu ludzi pracowało wtedy na polu. Maszyna ostrożnie wykopywała kartofle, aby je nie uszkodzić. Kobiety zbierały je do koszy, skąd potem wysypywano je do worków po tyle aby każdy ważył 1 cetnar (50 kg). Następnie wysyłano je pociągiem pospiesznym do Wrocławia, albo do Saksonii i też do Berlina. Bywało też tak, że kobiety wracały do domu wieczorami z pól z koszami pełnymi ziemniaków. Przy drogich kartoflach wczesnych, tato niechętnie na to patrzył. Każdy z ludzi pracujących we dworze miał przecież jedną morgę (ok. 1/2 ha) ziemi nawożonej i obrabianej przez dwór. Dla nas wszystkich wielką przyjemnością było spożywanie wieczorem kartofli ze śledziem albo z twarogiem. W tym czasie były jeszcze stare kartofle z kopców, ale one już tak dobrze nie smakowały.
Pędzenie bydła
Obok około 50 krów mlecznych na podwórku i na pastwiskach stało jeszcze ok. 50 sztuk młodego bydła. To młode bydło było czasami pędzone do ogrodzonego pastwiska za lasem.
Pewnego razu celem pędzenia bydła było pastwisko przy wale koło Baryczy. Miejsce to znajdowało się przy granicy z wsią Lubiel. Drugie pastwisko znajdowało się po prawej stronie drogi do książęcego lasu. Pędzenie zwierząt wcale nie było takie łatwe - wzdłuż pól zbożowych i buraczanych i przez las. Stado puściło się galopem, my próbowaliśmy być możliwie szybcy, aby zapobiec zboczeniu z drogi. Szczególnie w lesie musieliśmy uważać. Jeżeli któreś z bydła znalazłoby drogę w las, powstałoby niebezpieczeństwo, że stado rozpierzchłoby się. Ale przeważnie szło nam dobrze. Tato oczekiwał od nas, że my przy tym pędzeniu damy z siebie wszystko. Wszyscy byli zadowoleni, kiedy stado i my zmęczeni dotarliśmy na pastwisko. Wcześniej zostało tam poprawione ogrodzenie z drutu. Młode bydło rzadko je przerywało. Łąki przy książęcym lesie były tylko raz koszone, drugie koszenie to było w zasadzie wypasanie bydła. Wypasanie bydła było naszą domeną. Często my dzieci byliśmy zaopatrzeni w prowiant. Bydło, około 50 sztuk, było łakome na trawę z łąki. Dlatego też wystarczał jeden doglądający na pastwisku. Pozostali budowali w pobliżu szałasy z drągów i gałęzi. Paliliśmy także ogniska i każdy miał coś do roboty. Zwierzętom nie wolno było uciec; choć to się rzadko zdarzało. Wtedy musieliśmy się nabiegać. Kiedy nasze ferie się skończyły, dwóch naszych pracowników pasło jeszcze bydło aż do późnej jesieni.
Jolanta Becela
Paweł Becela